Mimo, 偶e kalendarz wskazywa艂 ju偶 dat臋 21 grudnia, w szpitalu nie wyczuwa艂o si臋 艣wi膮t - ot, rutynowy dzie艅 pracy, rutynowe zabiegi, rutynowe korytarze i sale. Do holu wchodzi Ewa - ca艂a w paczkach i prezentach owini臋tych znajomym, zielonym papierem. Razem z pa艅stwem, za spraw膮 których mo偶emy te paczki dzi艣 wr臋cza膰, ruszamy do Kasi - czterolatki chorej na bia艂aczk臋. Jeszcze niedawno ca艂膮 g艂ówk臋 mia艂a owini臋t膮 burz膮 prze艣licznych loczków, teraz kilka ostatnich kosmyków przypomina o przebytej chemii. Jednak Kasia jest zbyt ujmuj膮ca, 偶eby zwraca膰 uwag臋 na takie szczegó艂y jak fryzura. Razem z mam膮 czeka na nasze przybycie ju偶 od 6 rano (a jest godzina 14.30). Zza maski 艣w. Miko艂aja przygl膮dam si臋 jej rozbieganym oczkom szukaj膮cym tego jedynego prezentu - lalki Chou-chou. Wr臋czone pakunki rozdziera z niecierpliwo艣ci膮 - noside艂ko, ubranka, kosmetyki, plecak - 艣wietnie, ale gdzie moja... LALKA!!! - pi臋kniejszego podzi臋kowania ni偶 ten okrzyk nie mogli艣my sobie wymarzy膰.

 

Od tej chwili ju偶 nic si臋 dla Kasi nie liczy - tylko lalka, lalka i lalka... A trzeba podkre艣li膰, 偶e Chou-chou nie jest zwyk艂膮 zabawk膮 - je, p艂acze, 艣pi, siusia - wymaga prawdziwej mamy. Kasia przyj臋艂a na siebie now膮 rol臋 z pe艂n膮 odpowiedzialno艣ci膮 - usypia, karmi i ci膮gle przewija swoj膮 córeczk臋. Natomiast nasz zespó艂 艣w. Miko艂ajów obfotografowuje Kasi臋 jak tylko si臋 da - nie uwiecznienie tak wspania艂ego u艣miechu by艂oby naprawd臋 samolubne...

 

Z przyjemno艣ci膮 dowiadujemy si臋, 偶e nasza Kasia ju偶 dzi艣 wraca do domu. "艢wi臋ta sp臋dzamy w domu" - cieszy si臋 mama. 艢wi臋ta... chyba wreszcie dotar艂y do szpitala.