Wizyta w Legolandzie - parku spełniających się marzeń naszego marzyciela, który jest chory na zanik mięsni minęło już wiele czasu. Poznaliśmy wtedy marzenia Adama, wśród których, obok marzeń wyjazdu do Egiptu czy spotkania z Tygrysem Bengalskim, było to największe: wycieczka do Legolandu w Danii. Później nadszedł czas przygotowań i załatwiania formalności. W końcu, po długim czasie oczekiwań, dzięki firmie Unilever Polska S.A., która sponsorowała naszą wycieczkę, nadszedł upragniony dzień wyjazdu.

Kiedy w niedzielę rano 10 lipca wyjeżdżaliśmy z Poznania wraz z rodzicami, bratem i siostrą Adama, czekająca nas jedenastogodzinna podróż wydawała się czymś nie do przebycia. Trzeba jednak przyznać, że czas mijał bardzo szybko i przyjemnie, chyba nie tylko dzięki komfortowym warunkom podróży, ale zapewne dlatego, że każdy z nas był już myślami tam na miejscu - w Legolandze. Kiedy przyjechaliśmy do Danii, nasza wycieczka została zakwaterowana w oddalonym o 10 kilometrów od Legolandu ośrodku wypoczynkowym Randboldal Camping. Gdy byliśmy już na miejscu postanowiliśmy zwiedzić ośrodek i okolice. Po krótkim spacerze wróciliśmy do domku, gdyż długa podróż i zmęczenie dały nam wszystkim mocno o sobie znać.

Punktualnie o 10:00 rano w poniedziałek po pysznym śniadaniu wyjeżdżaliśmy z ośrodka do Legolandu. Kiedy przybyliśmy na miejsce czekał na nas Kapitan Roger, który zaopiekował się nami i naszym marzycielem. Otrzymaliśmy od niego, przygotowane już specjalnie dla nas, darmowe bilety wejściowe i małe podarunki dla Adama i jego rodzeństwa. Trzeba tutaj zaznaczyć, że emocje przy bramie do parku, szczególnie u Adama, chyba sięgały zenitu gdyż z wielkim trudem udało mi się zebrać i powstrzymać na chwilę całą naszą grupkę, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie (ufff....). Cóż się dziwić. Jeśli uważasz się za dorosłego mężczyznę lub dorosłą kobietę, albo kogoś kto przeżył już prawie wszystko, to jeśli nie byłeś/aś jeszcze w Legolandzie, zapewne w środku tego cudownego miejsca szybko zmienisz zdanie.

Na początku odwiedzających park przybyszów, olśniewają budowle Minilandu. Z tysięcy klocków, z wielkim przybliżeniem i precyzją, zbudowano tutaj miniaturki różnych państw, miast i obiektów np. Holandii (z jej stolicą w Amsterdamie), Niemiec (z miniaturką fabryki Volkswagena czy Dusselrdorfu), portu lotniczego w Billund, Beverly Hills na Manhattanie, czy Japonii z posągiem Buddhy i starożytną świątynią. W przerwie, jeśli kogoś ze zwiedzających zabolałyby oczy, można podziwiać z góry cały Legoland z ruchomej, wynoszącej w górę turystów wieży widokowej LEGOTOP. Nie zabolały nas wprawdzie oczy, ale widoki z wieży były jeszcze wspanialsze.

Po wizycie w teraźniejszości przenieśliśmy się w czasy Indian i dzikiego zachodu. W mieście LEGOREDO, oprócz wizyty w Wigwamach, czy kopalni złota LEGOLDMINE skorzystaliśmy z wodnej przejażdżki starożytną łodzią Indian - LEGO Canoe. Atrakcji było jeszcze więcej ale na wizytę w Saloonie i innych pobliskich barach, w których zapewne spotkać można było Jhona Waynea nie starczyłoby nam już czasu. Szliśmy dalej, a dalej było jeszcze ciekawiej.

Czekało nas spotkanie z królestwem - królestwem rycerzy. Chyba najbardziej interesującą z wszystkich atrakcji tej części parku był Miniborg. Można było obejrzeć tutaj teatralne przedstawienie z udziałem prawdziwych aktorów. Jak to dawniej bywało zawsze był król, królewna i.... i oczywiście królewicz, zabiegający o rękę swojej wybranki. O ile sama treść i puenta bajki zapewne była większości oglądających znana, o tyle sposób przedstawienia, w którym pełno było akrobacji, wpadek i upadków do wody, wzbudzał niemały aplauz widowni (nie tylko dziecięcej).

Wspomnieć należy jeszcze o dzielnicy Adventure Land, w której po skorzystaniu z kolejki wysokogórskiej mogło zakręcić się w głowie czy LEGO City, gdzie główną atrakcją była strażacka remiza Falck Fire Brigade, w której przy odrobinie szczęścia można było uzyskać dyplom strażaka. Pełni wrażeń wyszliśmy także ze strefy Imagination Zone, w której znajdowało się kino LEGOREDO Scenen oferujące czterowymiarowy film LEGO Racers. Jeśli ktoś oglądał kiedyś filmy w technice 3D, wie o co chodzi. Jeśli nie wie, to niech czym prędzej skorzysta, bo naprawdę warto. Różnica między kinem 3D, a 4D polegała między innymi na tym, że jeśli padał śnieg czy wiał wiatr na ekranie, to na widowni padało i wiało równie obficie.

Niestety, nie zawsze było tak pięknie i nie mam tu na myśli pogody, czy braku ciekawych miejsc do zwiedzania i podziwiana. Trzeba pamiętać, że byliśmy tam z dzieckiem chorym, które nie zawsze mogło wszędzie i ze wszystkiego skorzystać. Dla nas, ludzi zdrowych, przejażdżka wysokogórską kolejką, w której mocniej trzeba było się chwycić za rączkę nie stanowi żadnego problemu, ale dla kogoś chorego na zanik mięsni zapewne ogromny. Na szczęście znaleźliśmy dla Adama kilka fajnych kolejek i karuzeli. Przy minimalnej pomocy zawsze chętnej i uprzejmej obsługi, a przede wszystkim jego wspaniałej rodziny (gotowej na każde wezwanie) mógł z nich spokojnie korzystać. Cali radośni, zmęczeni ze zwiedzania i odpowiednio zaopatrzeni w pamiątki ze sklepu z LEGO znajdującego się na terenie Legolandu wracaliśmy do naszego domku.

W drugim dniu wizyty w Danii czekała nas nowa atrakcja - Givskud ZOO. Podczas ponad 4-godzinnej wizyty w tym parku ze zwierzętami, wszyscy mieliśmy „oczy szeroko otwarte”. Dlaczego? Dlatego, że oprócz zwykłego podziwiania słoni, wielbłądów, goryli, jaków, dzikich koni znajdujących się na wybiegach, czy papug przebywających w klatkach Givskud ZOO różniło się od innych parków pewną szczególną cechą. Ta cecha polegała na tym, że do niektórych części parku można było wjechać samochodem czy autokarem lub po prostu zwyczajnie wejść na pieszo.

Odwiedziliśmy w ten sposób miejsca pobytu małpek, żyraf, zebr i nosorożców. Trzeba przyznać, że podziwianie zwierząt z tak bliska jest niesamowite. Kiedy jednak wjechaliśmy za podwójne ogrodzenie pewnej części parku, przez myśl przeszły mi sceny z filmu „Park Jurajski”. Byliśmy prawie „w paszczy lwa”, no, może nie w paszczy ale w miejscu przebywania i to nie tylko jednego, ale całego stada lwów. O bezpieczeństwo turystów zadbała dyrekcja parku, gdyż bez przerwy krążyły po tym terenie cztery traktory z obsługą. Obsługą, która w każdej chwili była gotowa na interwencję i bez trudu mogła odsunąć od samochodu agresywnie zachowujące się zwierzę. Emocji do końca było sporo. Po krótkiej przerwie i lodach, które każdemu w tak upalny dzień po prostu się należały, wracaliśmy do Polski.

Jak bardzo szczęśliwy był Adam w tych dniach wie tylko on sam, ale pewne jest, że tak było. Pewne, nie tylko dlatego, że podczas powrotu do domu mama Adama, powiedziała mi, że dawno nie był on tak szczęśliwy, ale dlatego, że widać to było w jego oczach i roześmianej twarzy. Udało się spełnić to czego chyba wszyscy pragniemy, bo chociaż zdjęcia i pamiątki z tego wyjazdu pozostaną jeszcze na długo, to radosnych wspomnień z tego wyjazdu Adamowi i jego rodzinie nie odbierze chyba już nic.