Ostatnio na kilka dni przenieśliśmy się wraz z naszym Marzycielem w świat piłki i wielkich gwiazd futbolu. Iwo wymarzył sobie obejrzenie meczu FC Barcelony i co pozostało nam poza spełnieniem tego pięknego marzenia? Pod koniec listopada, w trzyosobowym składzie, polecieliśmy do stolicy Katalonii, gdzie od samego początku przywitała nas radosna atmosfera zbliżającego się meczu. Nie sposób nie zauważyć, że na te kilka dni zamiast w słońcu miasto było skąpane w czarno-żółtych barwach przeciwnika. Mieliśmy bowiem uczestniczyć w hicie 5 kolejki Ligi Mistrzów - starciu pomiędzy FC Barceloną i Borussią Dortmund! Choć Iwo lubi obie te drużyny, nie było nawet wątpliwości komu będzie kibicować. Przecież Barca to coś więcej niż klub i będąc na jej stadionie nie można ściskać kciuków za rywala. Nie pozostało nam nic innego jak zmienić naszą fundacyjna zieleń na głębokie bordo i grant. 

Od samego rana obstawialiśmy wyniki, a nasz Marzyciel był pewny, że zobaczy hat tricka swojego ulubieńca - Leo Messiego, co przesądzi o zwycięstwie Barcelony. Borussi dawaliśmy szansę na strzelenie najwyżej dwóch goli. Tu warto wspomnieć, że gdy nasi Marzyciele są na meczu zawsze wygrywają ich drużyny. Mogliśmy więc być spokojni o wynik.

 

Zanim wybraliśmy się do świątyni futbolu obejrzeliśmy kawałek miasta. Przeszliśmy się między innymi słynną La Rambla, zajrzeliśmy na Plac Kataloński i do Sagrada Familia. Iwo szczególnie podobały się stada gołębi na Placu i mnogość barw w Katedrze. Jednak, co najlepsze miało dopiero nadejść. Wróciliśmy do hotelu, żeby chwilę odpocząć i ruszyliśmy na stadion. Iwo dumnie unosił głowę pokazując wszystkim czapkę Barcelony, a gdy zajęliśmy miejsca rozpiął kurtkę i pochwalił się nową bluzą. Wyglądał jak prawdziwy kibic, który na Camp Nou pojawia się średnio kilka razy w miesiącu. 

Mecz był bardzo emocjonujący, już w pierwszej połowie padły dwie bramki dla Barcelony. Każda wprawiała naszego Marzyciela w większą euforię. Przy golach zmieniał się z nieśmiałego chłopca w rozemocjonowanego kibica, który cieszył się nawet bardziej niż strzelający piłkarze. Byliśmy świadkami jeszcze dwóch goli - po jednym dla każdej drużyny, co wydawało się jeszcze bardziej cieszyć chłopca. 

 

Kolejnego dnia wróciliśmy na stadion, żeby zwiedzić Muzeum FC Barcelony i wjechać na koronę stadionu. Obejrzenie wszystkich trofeów klubu było niesamowitym przeżyciem, a możliwość podziwiania z bliska Złotych Butów i Złotych Piłek Messiego czymś nie do opisania. Z zainteresowaniem studiowaliśmy każdy szczegół rozmyślając nad geniuszem Argentyńczyka. Gdy udało nam się oderwać od gablot ruszyliśmy na trybuny, żeby tym razem przyjrzeć się Camp Nou przy świetle dziennym. Zachwyca za każdym razem, a widok z samej góry wprost zapiera dech w piersiach. Iwo oglądał wszystko jak zaczarowany. 

 

Później czekała nas już tylko droga na lotnisko i podróż do domu. Nigdy nie zapomnimy tych czterech goli i wielkiego uśmiechu chłopca.