W sobotni poranek 6 grudnia podstępnie zwabiliśmy Stasia do Szpitala Klinicznego nr 5 w Poznaniu, mamiąc go obietnicą spotkania ze świętym Mikołajem. Staś zjawił się wraz z mamą i siostrą, wtajemniczonymi w nasz niecny plan, bo... nie miało być żadnego Mikołaja, tylko spełnienie marzenia Stasia.

Gdy nadeszła właściwa pora, usiedliśmy w korytarzu, rzekomo czekając na mikołajkową imprezę. Zabijaliśmy czas rozważaniami, czy chirurg podczas operacji przytrzymuje sobie operowane narządy widelcem i czy może operować, siedząc przy pacjencie w fotelu. Staś nie dał się wyprowadzić w pole, dobrze wiedział, że chirurg pracuje na stojąco, a jeśli czymś przytrzymuje organy, to na pewno specjalistycznymi narzędziami. Na pewno też nie zjada drugiego śniadania w czasie wycinania wyrostka.

Gdy tak sobie w najlepsze gawędziliśmy, przybiegła rozczochrana Ewa i z szaleństwem w oku obwieściła nam niesamowitą wiadomość. Przywieziono poszkodowanego z wypadku, a wszyscy lekarze są mikołajkowej imprezie. Pacjent czeka, doktor Mańkowski nie ma z kim operować więc.

Staś nieco zbladł, ale - jak przystało na dobrego samarytanina - bez chwili wahania zerwał się z krzesła, gotowy stanąć do pomocy przy stole operacyjnym. A spotkanie z Mikołajem i prezenty? Staś zrezygnował z tych atrakcji, bo wiedział, że pacjent potrzebuje pomocy, wiedział, że oto jego marzenie ma się spełnić.

Mały chirurg - dr Staś - przebrał się w specjalny strój i dokładnie umył ręce. Trzeba było się śpieszyć, bo pacjent miał rozległy krwotok wewnętrzny. Rękawiczki, maseczka, przygotowanie narzędzi. W końcu nowy pan doktor wraz z doktorem Mańkowskim stanął przy stole. Docent Mańkowski postawił diagnozę - chory brzuszek. Zalecenia? Rozciąć brzuszek, wyleczyć, zaszyć. Wydaje się proste. Anestezjolog uśpił pacjenta. Obrażenia nie wyglądały dobrze, ale doktorzy byli pewni sukcesu.

Najpierw trzeba było odkazić pole operacyjne, później separować je specjalnymi chustami. I w końcu patrzyliśmy z zapartym tchem na pierwsze cięcie doktora Stasia. Czyste i precyzyjne. Tylko lekkie drżenie rąk zdradzało, że mały chirurg mocno przeżywa to, co się dzieje. Staś był bardzo skupiony i poważny. Prawie nic nie mówił, uważnie wsłuchiwał się w popiskiwanie maszyny, monitorującej pracę serca pacjenta. Wprost nie poznawaliśmy chłopca, któremu podczas pierwszej wizyty buzia się nie zamykała.

Lekarzom udało się zatamować krwotok, po czym dokładnie oczyścili ranę. Po skrupulatnym sprawdzeniu, czy w brzuchu pacjenta nie zostały gaziki, narzędzia ani nic innego, brzuch został zaszyty. Staś założył jeszcze dren, żeby wszystko ładnie się goiło i zakrył ranę opatrunkiem. Na koniec zalecił podawanie choremu antybiotyku i witaminy C oraz zabronił chodzenia do pracy. Pan anestezjolog skwapliwie notował lekarskie zalecenia. Pierwszy pacjent doktora Stasia był uratowany.

Kiedy doktor Staś przebrał się w "cywilne" ubrania, czekały na niego dalsze niespodzianki : prawdziwa pieczątka, bloczek z receptami i skierowaniami, latarka do świecenia pacjentom w gardła i oczy, a do tego "chirurgiczna" gra i torba lekarska pełna niezbędnych narzędzi.

Przejęcie swoją ważna rolą, poczucie odpowiedzialności, które towarzyszyło mu przy stole operacyjnym, uwaga z jaką przyglądali mu się zaangażowani w proces spełnienia marzenia, wszystko to sprawiło, że Staś jakby wydoroślał, spoważniał. Dopiero po kilkunastu minutach zaczął odzyskiwać swój zwykły wigor. Pobiegł wtedy na oddział, na którym kiedyś się leczył, z daleka wymachując lekarską walizeczką i wołając: "Jestem lekarzem! Jestem lekarzem!"