- Ding- dong - rozległ się dzwonek do drzwi.
Konrad posadził pieska na wycieraczce i pobiegł na górę. Piesek za nim, mała szamotanina.
Konrad na dół, piesek znowu grzecznie siedzi, Konrad chciał biec, a tu otwierają się drzwi.
- Pan Rafał? - zapytał Konrad
- Tak - odpowiedział Rafał
- To chyba Pana?
- A jak to? - odpowiedziała karteczka z napisem "Szukam właściciela: Rafała. Przygarnij mnie..."
Po chwili wychyla się mama - Gdzie znalazłeś tego pieska?
- Nie znalazłem, pan mi dał - odparł Rafał, po czym z ogromnym uśmiechem i dumą powędrował z pieskiem do środka, aby oznajmić wszystkim ta przeuroczą nowinę i pokazać swojego pupilka.
       Od kilku dni zastanawialiśmy się, w jaki sposób zrobić Rafałkowi niespodziankę, aby do ostatniej chwili nie domyślał się, że dostanie swego wymarzonego Maltańczyka. Wszystko szło według planu - telefon do Rafała, że będziemy w pobliżu, a że mamy już wakacje, to przyjedziemy w odwiedziny. W naszej konspiracji brała udział mama i siostra Rafała. Mieliśmy przyjechać we czwórkę, ale ja, Sylwia i Ania miałyśmy wejść do środka, a Konrad po 15 minutach podrzucić pieska pod drzwi. Tak też zrobiliśmy. Nie spodziewaliśmy się jednak, że to nie mama, Ania czy sąsiad, ale pies domowników - Tobi, nas zdradzi. Gdy tylko uradowane weszłyśmy i usiadłyśmy, Tobi jak szalony biegał koło nas, obwąchiwał Ani i moje stopy. Rafał póź niej przyznał, że już w tym momencie domyślił się, że piesek jest z nami i musiałyśmy go trzymać na rękach, gdyż Tobi to wyczuł.
      Tusia i Rafał od pierwszej chwili bardzo się polubili. Piesek początkowo był trochę spłoszony, najbardziej obecnością drugiego psa, Tobiego. Jednak po kilku chwilach już razem biegały i suczka drażniła Tobiego. Rafał dzielnie zajął się pieskiem, odganiał Tobiego, tulił do snu podkładając pod głowę małej przyjaciółce Kubusia Puchatka. Jak przystało na troskliwego właściciela Rafałek kilkakrotnie wypytywał o pokarm i szczepionki. Początkowo nikomu z domowników nie pozwolił nawet pogłaskać suni i walczył jak lew o to, by nikt nawet jej słowem nie obraził. - Kici- kici- wołał do Tusi Szymon
- To nie kot! To pies! I na dodatek suczka. Nie mów tak! A w ogóle to mój pies!- odpowiadał Rafał
- Wiesz, Ty masz jakiś instynkt macierzyński - śmiał się Szymon.
       Mama cieszyła się, że piesek dotarł właśnie teraz, na wakacje. My zaś cieszyliśmy się, że to właśnie Rafał otrzymał Tusię. Historia Tusi jest bowiem bardzo wyjątkowa. O tej porze roku nie łatwo było znaleź ć suczkę. Sprawdzaliśmy każdą znalezioną hodowlę, dzwoniliśmy, pisaliśmy i wszędzie okazywało się, że maltańczyki będą dopiero na jesień. Już mieliśmy poinformować Rafała, że będzie musiał poczekać kilka miesięcy na swoje marzenie, kiedy pojawiło się ogłoszenie. Okazało się, że na drugim krańcu Polski jest malutka suczka, która czeka na swojego właściciela - był to bardzo nietypowy miot. Taka właśnie jest moc marzeń. A my wiemy, że w spełnianiu tych najskrytszych pragnień nawet niemożliwe staje się możliwym...

      P.S. Wierzymy, że będzie im razem dobrze.

Serdecznie dziękujemy:
- Pani Jolancie Sielskiej właścicielce hodowli w Prudniku, z której pochodzi Tusia za wyczarowanie prześlicznej suni,
dobre rady i udzielenie wszelkich informacji dotyczących pieska
- anonimowemu sponsorowi za okazane serce i pomoc
darczyńcom, którzy zechcieli podarować 1% na naszą fundację - to właśnie po części z tych środków zakupiliśmy marzenie
oraz wszystkim osobom zaangażowanym w realizację marzenia za pomoc, doradztwo i opiekę nad pieskiem.