Pierwszy weekend czerwca zaliczyć można do szalenie udanych. W końcu udało się spełnić marzenie Ali, którym był wyjazd do definarium. Jako, że owo delfinarium mieści się w Hiszpanii, zrobilśmy sobie wyprawę. Razem z całą rodzinką Ali wsiedliśmy do samolotu na lotnisku w Krakowie...

Kiedy byliśmy na miejscu, pogoda była przepiękna, postanowiliśmy więc coś zjeść a następnie poszliśmy na plaże. Muszę tutaj nadmienić, że mieszkaliśmy dosyć blisko plaży i morza. Pod wieczór zrobiliśmy sobie wycieczkę do ogrodu botanicznego. My faceci(ja i tato Alicji), średnio znamy się na kwiatach i innych roślinach. Za to dziewczyny (Alicja wraz z siostrą i mamą) były w siódmym niebie. Mama oglądała każdą roślinkę dokładnie z bliska, natomiast Weronika (siostra Ali) cały czas robiła zdjęcia(jako jest zapaloną fotografką): to roślinom, to krajobrazom, to ptakom, to drzewom, a w między czasie nawet i nam. Po powrocie do pensjonatu, zdjedliśmy kolację i do spania. Bo jutro.... delfiny.

Ranek dnia drugiego trochę nas wystraszył - było pochmurnie. Ale my jesteśmy dosyć dzielni i chmury nam nie straszne. Po śniadaniu zatem poszliśmy na kawę. Nieświadomy swojego wyboru wolontariusz zamówił coś o nazwie "cafe con hielo", i teraz wie, że nie zrobi tego nigdy więcej, za to dziewczyny delektowały się smakiem cappucino. Ale nie kawa tu najważniejsza, bo przecież za chwilę delfiny. Jako, że do delfinarium jeździ specjalny autobus, udaliśmy się na przystanek. I w tym momencie stało się coś, czego nikt nigdy by się nie spodziewał. Zwłaszcza w Hiszpanii. Zwłasza o tej porze roku. Deszcz. Troche nam zrzedły miny. No ale wsiedliśmy do autobusu i po krótkiej jeździe byliśmy na miejscu. Wysiadamy zatem z tego środka komunikacji, a tu...sucho. Nie pada. No i całe szczęście. Przy wejściu do delfinarium, oprócz pracowników, przywitały nas także papugi. Trochę się bałem, po jedna zaczęła skubać moje ucho, no ale na szczęscie pani z obsługi ją zabrała. Taka to niespodzianka na wejściu. Słoneczko nam przyświecało, więc pochodziliśmy trochę po cały parku. Obejżeliśmy dokładnie wszystkie delfiny przez szyby, foki też zresztą obejżeliśmy. W całym parku, ogólnie, było bardzo dużo różnych zwierząt, były delfiny, foki, papugi i różne inne ptaki. Był nawet nasz polski bociek, którego mama Ali próbowała namówić do powrotu do Polski. Bocian jednak został. I my także, ponieważ właśnie otworzono baseny i zjeżdzalnie. Zjeżdzaliśmy na różnych dziwnych zjeżdzalniach, niektóre były naprawde przerażające. Dobrze, że jesteśmy odważni. Słońce przez cały dzień świeciło nam pięknie, co jakiś czas jednak zasłaniało się za chmurą. Pewnie po to, żeby nam nie było za gorąco. Po zabawach w wodzie i wylegiwaniu się przy basenie, przyszedł czas na to, co było celem naszej przygody.... Delfiny.

Na początku usłyszeliśmy historię, jak to jest z tymi delfinami. Skąd się wzięły, jak żyją, jaką mają budowę i ile ich jest. Następnie pani z delfinarium pokazała nam wszystkie delfiny, które tam żyją. Oczywiści nie zapamiętałem ani jednego imienia, nie robiłem także notatek, więc napiszę co było potem.... Potem zobaczyliśmy delfinarium "od kuchni": w sensie przenośnym - zobaczyliśmy maszyny do podgrzewania i filtracji wody, w której pływają delfiny, jak i w sensie dosłownym - weszliśmy do kuchni, w której przyrządza się definom śniadania, obiady, podwieczorki i kolacje. Wiecie, że delfin zjada w ciągu całego dnia około 10 kg ryb? My wiemy. Nadszedł w końcu czas, kiedy podeszliśmy bardzo blisko do basenu, w którym pływał delfin. Delfin ten był w wieku naszej Marzycielki, to chyba dzięki temu od razu znaleźli wspólną nić porozumienia. Panie z delfinarium pokazywały nam jak sie karmi delfina, jak się uczy go różnych sztuczek, jak się go bada... Delfiny słuchały także nas, a za każde dobrze wykonane zadanie (przez delfiny rzecz jasna) dawaliśmy im jakieś dziwne galaretki (ponoć one to uwielbiają). Mieliśmy też okazję pogłaskać delfina, posłuchać jak śpiewa, a Alicja miała okazję przyrządzić i podać mu przekąskę.

Następnie odbywały się przedstawienia. Najpierw delfiny swoimi akrobacjami sprawiały, że uśmiech nie znikał z naszych twarzy. Później foki udowadniały nam, że nie są gorsze od delfinów. A na końcu obejżeliśmy przedstawienie w wykonianiu papug i innych ptaków.

Z racji tego, że dobiegała już godzina zamknięcia delfinarium, wsiedliśmy do autobusu, który odwiózł nas na miejsce. I znowu zaczęło padać. Coś mi się zdaje, że pogoda zdawała sobie sprawę, jak ważne rzeczy mają tu miejsce. Pogoda wiedziała, że spełnia się marzenie naszej Marzycielki Ali, i że nie powinna przeszkadzać nam w obchodzeniu tego święta. Zachowała się bardzo ładnie...

Po dniu pełnym wrażeń zjedliśmy pyszną kolację, bo zdążyliśmy zgłodnieć.....

 

 ;)