Marzeniem ośmioletniego Adriana było "spędzenie jednego dnia w wesołym miasteczku, razem z siostrą". Marzenie tak piękne i wzruszające (siostra Adriana, Martynka, ma zaledwie dwa latka), nie czekało zbyt długo na odzew ze strony czytelników naszej strony www. Pewnego dnia zadzwonił do mnie pan Ireneusz Szpot, właściciel firmy Opel - Szpot z informacją, że chciałby spełnić marzenie Adriana. I tak też się stało.

 

1 sierpnia 2007 roku podjechałam wraz z panem Markiem Wajnerem - przedstawicielem firmy Opel Szpot, pięknym autem, na podwórko Adriana. Tam czekała już na nas cała rodzina. Nastrój był niesamowity. Wszyscy weseli, każdy dawał ostatnie rady naszemu bohaterowi, wszyscy chcieli jeszcze raz się przytulić na pożegnanie. Entuzjazm dzieci skierowany był jednak zupełnie w innym kierunku: takie duże auto, nowy wujek, na dodatek z prezentami! Zanosiło się na coś wyjątkowego. W tej atmosferze, załadowaliśmy szybciutko samochód i ruszyliśmy w daleką drogę. Musieliśmy pokonać prawie 700 kilometrów, zanim zaparkowaliśmy pod pięknym, ogromnym zamczyskiem Piratów w mieście Soltau za Hanowerem w Niemczech. W samym sercu ogromnego wesołego miasteczka - Heine Park. Całe zmęczenie jakby wyparowało. Dzieciaki musiały zwiedzić wszystko. Nie mogły uwierzyć, że ten wielki zamek to nasz hotel. Pokoje, a raczej komnaty piratów, wywołały kolejny szok i zaciekawienie. Punktem kulminacyjnym męczącego dnia była bardzo obfita kolacja w pięknej hotelowej restauracji. Tego dnia piraci chyba mieli dobry dzień, bo jadła i picia było tyle, że trudno było wszystko obejrzeć, a co dopiero spróbować!

 

Najedzeni i zmęczeni udaliśmy się do swoich pirackich komnat, gdzie Adrian musiał poddać się całonocnej dializie, bo rano czekało na nas mnóstwo nowych wrażeń.

 

Mimo zmęczenia i bardzo wygodnych łóżek, nie musieliśmy dzieciaczków budzić. Błyskawicznie poddały się porannemu obrządkowi, zjechaliśmy windą do restauracji i tam znowu oczka ich nabrały iskierek zachwytu. Stoły uginały się pod jadłem i piciem. Nie sposób było zliczyć ilości potraw i napoi. A wszystkie znakomite. Z opchanymi brzuchami udaliśmy się wreszcie do wielkiego parku, pełnego rozrywek. To było dopiero przeżycie. Adrian był tak przytłoczony ogromem atrakcji, że w pierwszej chwili chciał wracać do domu. To co zobaczył przerosło chyba jego marzenie. W wielkim, kolorowym od kwiatów i zieleni parku, czekało na nas ponad 100 różnych atrakcji. Były kolejki, samochody, gondole, statki, samochody, zjeżdżalnie małe, duże i wielkie, karuzele, tańczące delfiny, lwy morskie i papugi, okrzyki i śmiechy dzieci i ich rodziców, uśmiechnięte postacie z różnych bajek, Piraci, skrzynie pełne złotych monet z czekoladą, pyszne lody, frytki i kotleciki. Co więc wybrać jako następne? Aż w głowie się kręciło. Mama z Tatą weseli, uśmiechnięci, Martynka zachwycona. Jakbyśmy nagle znaleźli się w innym, magicznym świecie. Świecie samej radości, bez trosk, bólu i strachu. Tylko ta południowa dializa nie bardzo pasowała do nastroju. Ale w takim miejscu wszystko można znieść z uśmiechem. W końcu można w tym czasie przemyśleć dalszy plan zabaw. Ułatwiał to wielki telewizor wiszący w pokoju na ścianie, w którym można było obejrzeć wszystkie atrakcje ponownie i przymierzyć się do następnych.

Wiele razy podziwiałam siłę tych dzieci. W końcu przeszliśmy sporo kilometrów po tym pięknym parku, a dzieciaki wydawały się niestrudzone. Na ponownie zadane Adrianowi pytanie, czy chce wracać do domu, bez zastanowienia oznajmił, że absolutnie (niestety był w tej decyzji bardzo konsekwentny również w dniu wyjazdu!).

Kiedy wydawało mi się, że dzieci mają już naprawdę dość (ja już ledwo powłóczyłam nogami), okazało się, że widok pyszności w naszej hotelowej restauracji, przywrócił wszystkie siły. Adrian z rozkoszą biegał po nowe soki (w końcu nalewanie z takich aparatur, to sama przyjemność), próbował wciąż nowych dań, zagryzając bananami ociekającymi czekoladą. Nie zapominał, że na deser czekają jeszcze lody i inne łakocie Gdyby nie obowiązek kolejnej dializy, chyba nikt i nic nie wyciągnęłoby naszego marzyciela z tego Raju. A mała Martynka? W końcu przespała się w dzień na taty ramieniu, między jedną karuzelą a konikami. Energia rozpierała nasze maluchy. Jak temu wszystkiemu sprostał nasz dzielny, wspaniały sponsor - pan Marek? Tego nigdy nie zrozumiem. Poza tymi samymi kilometrami w nogach, co my, miał jeszcze na swoim koncie rolę nadwornego tłumacza, przewodnika, dobrego wujka, który nie bał się żadnej wieży ani zjeżdżalni, a jak była ochota, to i lody postawił. Trudno się więc dziwić, że szybko zjednał sobie sympatię wszystkich uczestników.
W dniu wyjazdu, kiedy spakowani mieliśmy udać się do samochodu, zadałam Adrianowi sakramentalne pytanie: Adrianku, czy spełniło się twoje marzenie?" Bez wahania pokiwał główką i powiedział "Tak".

To była wielka radość spełnić marzenie Adriana, patrzeć na uśmiechnięte, odprężone twarze jego rodziców i pogodne pysio ślicznej księżniczki - Martynki. Warto było przejść tyle kilometrów i jechać tyle godzin, żeby to przeżyć.

Z całego serca dziękuję panu Markowi a za jego pośrednictwem firmie Opel-Szpot i panu Ireneuszowi Szpotowi za wspaniałe spełnienie marzenia Adriana, za serce okazane naszemu marzycielowi i wspaniałe zrozumienie idei naszej fundacji.

Kiedy to piszę, przypomniały mi się słowa Carla Spittelera: "Znaleźć wrażliwych ludzi, którzy czują to, co my, jest z pewnością największym szczęściem na ziemi".