Spotkanie z Marcelem należało do takich niezwykłych i zaskakujących. Przywitał się z nami jak dystyngowany dżentelmen. Koszula, krawat, elegancka czapka. Myślałyśmy, że tak odświętny strój związany był z jakim rodzinnym wydarzeniem, ale nic bardziej mylnego. Marcel powiedział, że ubrał się tak specjalnie dla nas. Poczułyśmy się bardzo wyróżnione.

Chwila zapoznawcza chyba zbyt się przeciągała, bo niecierpliwym wzrokiem zaglądał do torby z lodołamaczem. Super pluszak, planszówka chyba nie bardzo się spodobała, ale tarcza z rzutkami zrobiła wrażenie. Nie chciał jednak grać z nami. Postanowił pokazać nam swoje skarby i już po chwili zniknął w drewnianym domku. Poszłyśmy za nim, ale nie tak prędko da się tam wejść. Okazało się, że wejście wymaga wykupienia biletu wstępu. Jak w prawdziwym parku rozrywki. Na szczęście Marcel najpierw zadbał o to, abyśmy miały czym płacić a potem nas skasował i dał bileciki. A w środku ku naszemu zaskoczeniu ukazała się kuchenka, nasz Marzyciel lubi sobie pogotować na świeżym powietrzu. Obiadek został wstawiony i spokojnie się pichcił a w tym czasie Marcel postanowił nam pokazać jak świetnie sobie radzi na 2 kółkach. Bezpieczeństwo przede wszystkim, więc najpierw kask i po chwili już siedział na swoim wyczynowym rowerku. Pierwszy raz widziałyśmy takie cudeńko. Podobno można na nim wyczyniać różne akrobacje, ale na tę chwilę siły pozwalają tylko na jazdę z wirażami. Rowerek szybko poszedł w odstawkę na rzecz trójkołowca. Płozy wydawały się być przedłużeniem nóg Marcela, a pokonywanie zakrętów wzbudziło nasz zachwyt. Trójkołowiec szedł jak po maśle, dokładnie tak jak zaplanował Marcel. Nasz Marzyciel chyba nie lubi jak się stoi bezczynnie, bo postanowił nas też zaangażować. Rozegrajmy meczyk koszykówki! No może nie cały meczyk, ale rzuty do kosza możemy poćwiczyć. Ha! Nie było to takie proste. Marcel wyznaczał pozycję, z której można było rzucać i nie wtedy gdy było się gotowym, o nie. Trzeba to było zrobić na komendę. Chyba coś nie za dobrze nam szło, a celnością nie mogłyśmy się poszczycić, bo Marcel postanowił popracować nad naszą techniką rzutu. – „Rączka w bok, a ten paluszek w górę” – mówił – „ i teraz jedną ręką rzucaj”. No to już było nie do osiągnięcia.

Wśród salw śmiechów zagadujemy Marcela o marzenie. Stawiałyśmy na marzenie związane ze sportem lub inną aktywnością na świeżym powietrzu, ale to co usłyszałyśmy kompletnie nas zaskoczyło. Marcel nabrał powietrza i powiedział:

- „chciałbym spodnie, takie jak te moje, ale żeby można było nosić pasek” (miał na sobie spodnie jeansowe na gumce bez szluwek); „ i jeszcze koszulę, białą, taką elegancką. I może krawat, ale krawat już mam… hmm… to może muszkę. I piżamę, koniecznie ze strażakiem Samem”.

No patrząc na jego elegancki strój chyba nie powinnyśmy się dziwić. Usłyszałyśmy jeszcze, że chciałby już jutro móc dostać tę odzież, ale ustaliłyśmy szybko, że da radę poczekać do urodzin. Czerwiec tuż, tuż.

Pomóż nam ubrać naszego modnisia:

Fundacja Mam Marzenie

26 1050 1445 1000 0022 7647 0461, z dopiskiem: Marcel, oddział Gorzów