Siedzę przed komputerem, oglądam zdjęcia i płaczę. Z radości? Nie. Ze wzruszenia? Troszeczkę. Ze smutku? Zdecydowanie ze smutku! Wakacje Sebastiana na Krecie, jego młodszym bratem Gracjanem, mamą Sylwią i tatą Tomkiem, skończyły się. A były cudowne, przesympatyczne, wspaniałe, pełne przygód i nieoczekiwanych zwrotów akcji, wesołe, optymistyczne, jedyne. Właśnie takie, jakie może być spełnienie marzenia Sebastiana - pobyt nad ciepłym morzem na wyspie.

Zaczęło się w niedzielę od przygód na lotnisku w Poznaniu, gdy na tablicy lotów pojawił się napis: "240 minut opóźnienia". Przecież to całe 4 godziny! Samoloty, owszem pasjonujące są, ale. gdy są! A naszego nie ma! Należy zatem zająć się czymś równie przyjemnym co latanie. A równie przyjemne jest. jedzenie! Najpierw lody, by wyzwolić pokłady endorfin, później "konkret" by doładować energię! Z taką mocą, na skrzydłach radości sami dolecielibyśmy na Kretę! Tylko co z bagażami? Wspólnie zdecydowaliśmy, że jednak poczekamy na samolot. I warto było, bo zobaczyć przerażoną minę taty podczas startu, uśmiech i odwagę Gracjana, opanowanie mamy, czy poczuć uścisk dłoni obezwładnionego strachem Sebastiana to niezapomniane obrazy i odczucia.

Do hotelu dotarliśmy o 5 rano! Starczyło nam sił tylko na cichutkie "dobranoc" i każdy zniknął w objęciach Morfeusza. Niestety nie na długo. Około siódmej zaczynał się bowiem, jak się później okazało, codzienny koncert świerszczy! Taki urok tego rejonu. Nie pozostało nam zatem nic innego jak się z nimi zaprzyjaźnić.

A jak wyglądał nasz grecki urlop? Basen i jedzenie, jedzenie i cola, cola i lody i basen i znów posiłek i drzemka i lody i basen, i znów cola i basen i lody. Gracjan pluskał się w basenie z zapałem płetwonurka. Dzielnie wtórował mu w tym tata. A Sebastian siedział w cieniu, bo w cieniu siedzieć musiał. Nie zepsuło mu to jednak nastroju i nie umniejszyło radości. Bo w cieniu jest fajnie! Bo w cieniu była też mama i ciocia Karolina i razem z nim grały to w karty, to w Monopoly, to znów w karty. Makao, wojna, kolory, historyczny upadek Japonii. Wszystkie znam już od podszewki i czuję się w nich jak. Gracjan w wodzie!

Sebastian prawie zawsze wygrywał, a w nagrodę przynosił nam . colę i lody. Wieczorami gra w karty zamieniała się w grę w bilard, piłkarzyki i cymbergaja! Każdy z każdym, każdy przeciwko każdemu, by było sprawiedliwie! Emocje sięgały zenitu! Radości i śmiechu było co niemiara!

Trzy razy nasz stały plan dnia uzupełniły atrakcje dodatkowe. Jedną z nich był spacerek na złotą i srebrną plażę. Skąd takie nazwy? Nie wiadomo. Z każdej z nich rozpościerał się tak samo cudowny widok na morze. Jego kolory zapierały dech w piersiach, feeria błękitu i prześliczne turkusy. Sebastian brodził w wodzie jak oszalały! Tak miło było popatrzeć na jego radość! Cieszyły się stopy moczone w słonym morzu, cieszyła się buźka te stopy oglądająca! A jak Sebastian się cieszy, cieszą się wszyscy!

Drugą atrakcją był waniliowy, przecudowny VW Garbus Cabrio! Z hotelowej wypożyczalni zabrałam najładniejsze autko i pewnego słonecznego poranka podjechałam nim pod pokój chłopców. Zatrąbiłam. Euforii jaką wywołałam nie sposób opisać. Jeden przez drugiego krzyczał: "Jaaaa tej! Zoba to! Nooo! A zoba to". Nie mogłam się tego nasłuchać! Zapakowałam całą męską część załogi na tylne siedzenie, mama usiadła obok mnie i popędziliśmy! Trasa prowadziła wzdłuż wybrzeża, a jej celem była, podobno jedna z najpiękniejszych europejskich plaż, plaża Vai, na której kręcono swego czasu reklamę batonika Bounty (Bounty - smak raju). I chyba rzeczywiście raj tak smakuje! To co w tym miejscu morze wyprawiało ze swoimi kolorami przechodzi granice wyobraźni! Na buzi Sebastiana radość nie chciała się zmieścić! Leżaki pod jedną z palmowych parasolek, cola ze słomką, krem z wysokim filtrem, Garbus zaparkowany w zasięgu wzroku, spacerki wzdłuż plaży, lody, kąpiele i nic więcej do szczęścia potrzebne nam nie było! Chyba, że.

Trzecią atrakcją odciągająca nas od basenowego lenistwa, był rejs statkiem na wyspę Spinalonga i w międzyczasie kąpiel na dzikiej plaży zwieńczona obiadem na statku. A po powrocie zakupy w portowej miejscowości i jak zwykle lody! Największe jakie tylko serwują!

Tak wyglądała nasza sielanka! Tak spełniło się marzenie Sebastiana. Marzenie, które z przyczyn od nas niezależnych przedłużone zostało o. 13 godzin! Z racji opóźnionego lotu! A że czas ten spędzić mogliśmy w naszym ślicznym hotelu, na ślicznym basenie nikt nie miał tego za złe!

Wydawać by się mogło, że z momentem dojazdu na lotnisko przygód naszych dobiegł kres, ale one się wtedy zaczęły! Mama powiedziała, że. dowody osobiste zostały w hotelowej recepcji!!! 70 km od lotniska, a do odlotu została godzina z minutami! Co robić? Wsiąść w jakieś auto i popędzić do hotelu? Poprosić kogoś, by odszukał zapamiętanego przeze mnie kierowcę Yamahy R1 śmigającego po naszej miejscowości i zlecić jemu tę misję? Zadzwonić do hotelu i zlecić wysłanie taksówki z dowodami? Tak. Ostatnia opcja wydała się najbardziej racjonalna. Niestety nie było pewności czy kierowca zdąży! W mojej głowie kłębiły się nawet wizje odszukania pilota naszego Boeinga i prośbą czy groźbą zatrzymanie go do czasu przyjazdu taksówki z dokumentami. Okazało się to jednak niepotrzebne, bo taksówkarz zrobił co mógł i wpadł na lotnisko w ostatnich minutach! Widząc całą ekipę w samolocie poczułam, że kamień spadł mi z serca. Byłam lżejsza o co najmniej 10 kg. 

Sponsorzy: