Moja wyprawa marzeń zaczęła się 12 maja. O czwartej rano wyjechałam z domu do Szczecina, a ze Szczecina pociągiem do Warszawy, który zepsuł się w Poznaniu. Jednak do Warszawy dojechałyśmy samochodem pana Pawła, który w pociągu usłyszał, że musimy dojechać na samolot. Udało nam się dotrzeć na czas. W samolocie siedziałam przy oknie, z którego rozciągał się przepiękny widok. Lot trwał 5,5 godziny. Na Teneryfie byliśmy ok. 21. a w hotelu ok. 22. Po obejrzeniu pokoi i odłożeniu bagaży poszłam na kolację. Było bardzo dużo jedzenia do wyboru. Po tym męczącym dniu zasnęłam w pokoju.

W piątek rano po śniadaniu poszłam na plażę z czarnym piaskiem. Nie kąpałam się, ale chodziłam po kamieniach, pozowałam do zdjęć i byłam trochę mokra od fal. Mama też chciała mieć zdjęcie, więc weszła na dużą i śliską skałkę. Po zrobieniu zdjęcia fala przewróciła ją i wpadła do oceanu. Ja i Gosia śmiałyśmy się z mamy, ale ona nie, bo wybiła sobie palec. Wróciłyśmy do hotelu przebrać się w suche ubrania. Po zjedzeniu na obiad dania głównego poszłam po deser, były to lody, które od tej pory jadłam codziennie. Po jedzeniu poszłam z mamą i Gosią na punk widokowy do Los Gigantes. Po godzinie spaceru dotarłyśmy na ławeczkę, na której zajadałyśmy pistacje z pobliskiego Lidla i oglądaliśmy widoki klifów, Oceanu Atlantyckiego i kawałek czarnej plaży. Później Gosia znalazła krótszą drogę do hotelu. Wracając kupiłam kilka pamiątek. Po kolacji w hotelu poszliśmy obejrzeć kabaret przygotowany przez zespół animatorów.

Następnego dnia pojechałyśmy z mamą i Gosią do Siam Parku. O 11:00 byłyśmy już na miejscu. Odwiedziłyśmy wszystkie zjeżdżalnie. Najlepsza była Power of Tower. Miała 28 metrów wysokości i zjeżdżałam z niej tylko 6 sekund.  Było super! Do hotelu wróciłam ok. 19:00.  Przebrałam się, po czym poszłam na kolację. Po zjedzeniu udałam się na pokazy akrobatyczne, które były bardzo ciekawe.

W niedzielę pojechałyśmy zobaczyć wulkan Teide. Ma on 3000 metrów wysokości n. p. m. Na wysokość 2500 metrów wjechałyśmy samochodami terenowymi, a dalej kolejką. Widok był niesamowity. Następnie wybrałyśmy się na punkt widokowy, skąd zobaczyłyśmy różne skały i kwiaty, które rosną tylko na Teneryfie.

Później pojechałyśmy do Masci. Te wąskie, zygzakowate i kręte drogi zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Do hotelu wróciłyśmy o 15:30, po czym poszłyśmy na plażę i na basen. O 19:00 wróciłyśmy na kolację, po której oglądałyśmy pokaz tańca, flameco.

W poniedziałek odbyła się wycieczka „ Teneryfa w pigułce”. Najpierw pojechałyśmy do Scod de los Vinos. Rośnie tam największe i najstarsze drzewo smocze na świecie. Następnie pojechałyśmy do Loro Parku, gdzie były różne gatunki zwierząt. Widziałyśmy występy lwów morskich, delfinów i orek. Przejeżdżając przez stolicę Teneryfy, dotarłyśmy do hotelu. Poszłyśmy na posiłek, a później na pokaz orłów.

Na wtorek  nie miałyśmy zaplanowanej żadnej wycieczki. O 10:00, po śniadaniu, poszłyśmy  na zawody łucznicze, na których niestety nic nie wygrałam. Następnie wybrałyśmy się na mini-golfa.  Przy pierwszych 4 dołkach szło mi nieźle, ale później nie było tak dobrze. Wygrała drużyna francuska (ja byłam w angielskiej). Po mini-golfie poszłyśmy na obiad, po czym wzięłyśmy udział w grze w kule, które trzeba rzucić w piasek jak najbliżej kauczuka.  Podzieliliśmy się na 2 drużyny. Ja byłam z Gosią i panią Magdą, a mama z parą Francuzów. Wygrała drużyna, w której była moja mama, dzięki doświadczonej w tej grze koleżanki z drużyny. Później poszłyśmy na plażę i  na kolację. Mama o 21:45 dostała dyplom na udział w grze. Następnie oglądałyśmy cyrk.

W środę znów poszłyśmy strzelać z łuków, ale wcześniej, niż ostatnio, gdyż chciałyśmy potrenować. W turnieju zajęłam 3. miejsce. Po obiedzie byłyśmy grać w ping-ponga, gdzie wygrałam z Luciano. Następnie poszłyśmy na basen, gdzie siedziałyśmy do kolacji, po której byłyśmy oglądać zachód słońca nad oceanem. Następnie odebrałyśmy mój dyplom i zagrałyśmy w bingo. Wygrałam wtedy koszulkę z logo hotelu. Później oglądałyśmy występy papug, które potrafiły jeździć na rowerach, hulajnogach i samochodem.

W czwartek po śniadaniu wybrałyśmy się na zakupy, podczas których kupiłam sobie bluzę, czapkę i kilka pamiątek. Po zjedzeniu obiadu, zagrałyśmy w piłkę. Wygrała moja drużyna. Po meczu poszłyśmy na basen, a potem na kolację i na lotnisko.

Leciałyśmy 5 godzin 30 minut. Z Warszawy do Poznania i z Poznania do Szczecina wracałyśmy pociągiem. Gosia została w Szczecinie, a my wróciłyśmy do domu. Było super! Chciałabym tam pojechać jeszcze raz!!!