Zamknijcie na chwilę oczy i wyobraźcie sobie zadbaną posesję gdzieś na obrzeżach miasta, przystrzyżony równo zielony trawnik, a na nim białą łódkę prosto z taśmy produkcyjnej, owiniętą krwistoczerwoną wstążką i ozdobioną balonami, a wszystko to skąpane w słońcu. Bajka, nieprawdaż? Taki widok zastał nasz Marzyciel, kiedy przyjechał do cioci i wujka na niedzielny obiad. Zanim jednak wybiła godzina zero, przyszedł ostatni tydzień października, a wraz z nim pełne nerwów oczekiwanie na przewiezienie łódki, o posiadaniu której dniami i nocami śnił nasz Marzyciel. Wielka logistyczna operacja zaplanowana była na środę 30 października. Wszystko było dopięte na przedostatni guzik już kilka dni wcześniej, do zapięcia tego ostatniego brakowało samochodu z hakiem, który byłby w stanie pociągnąć nasze pływające cudo. Do poniedziałkowego wieczoru walczyliśmy dzielnie, aby owy pojazd zorganizować, co kosztowało kilka siwych włosów i sporo nerwów damską część wyprawy, z czego ta męska miała niezły ubaw. Końcem końców wszystko się udało – z odsieczą przyszli nam prezes i ratownicy Stołecznego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i bladym środowym świtem wyruszyliśmy w długą wyprawę. Po 14 godz., 3 postojach, 2 kawach, ponad 700 km, dziesiątkach barwnych opowieściach o życiu i przechytrzeniu nawigacji dotarliśmy do celu, czyli posesji pani Doroty i pana Bogusława – cioci i wujka naszego Marzyciela, u których znalazł on bezpieczną przystań dla swojego nowego nabytku.

Cztery dni później znów stawiliśmy się w Pułtusku, zwarci i gotowi do tego, aby wywołać na twarzy Krystiana szeroki uśmiech i pokazać mu, że marzenia się spełniają. W przedsięwzięciu brali również udział główni sponsorzy marzenia, czyli uczestnicy rajdu Mongolian Job 2013 – spotkaliśmy się z nimi u cioci i wujka Krystiana, którzy przyjęli naszą szóstkę jak najlepszych przyjaciół. Od razu zabraliśmy się do przygotowań: dmuchanie i związywanie balonów oraz obwiązywanie łódki wstążką przy wsparciu takiej siły zajęło nam kilka sekund, przy czym dodatkowymi rękami do pracy służyli nam ciocia Krystiana oraz jej syn Tomek. Wujek naszego Marzyciela zajął się w tym czasie „drugą stroną”, czyli dowiezieniem na miejsce zbiórki pod pretekstem niedzielnego obiadu Krystiana oraz jego brata i mamy, która zgadzała się na każdy nasz pomysł, nawet wtedy, kiedy w ostatniej chwili zmieniliśmy scenariusz realizacji. Jako że dla chłopca miała być to niespodzianka, całą akcję przygotowaliśmy z dorosłymi członkami rodziny w zupełnej konspiracji. Jak to z tego typu przedsięwzięciami bywa, wszyscy podekscytowani czekaliśmy na kulminacyjny moment i reakcję naszego Marzyciela, która ostatecznie zaskoczyła nawet jego mamę. Krystiana dosłownie zamurowało. Na co dzień gadatliwy nastolatek zamienił się w milczka, którego zdradzały jednak wyraz twarzy i błysk w oku. Kiedy spytaliśmy go, czy swoje marzenie uważa za spełnione, pewnie odpowiedział „tak”, po czym udał się w stronę łódki, aby zasiąść w niej dumnie, jak na prawdziwego wilka morskiego przystało. Jako że sprzęt stał na trawniku, lekko przechylony przy tym w jedną stronę, a my bardzo chcieliśmy, aby Krystian choć przez chwilę poczuł się jak żeglarz, dwaj wolontariusze zaczęli kołysać łódką, imitując rzeczne fale. Potwierdziło się przy tym powiedzenie, że mężczyźni to jednak duże dzieci, bo mieli z tego nie mniejszą radość niż sam Krystian. Potem odbyło się oficjalne wręczenie dyplomów dla Marzyciela i sponsorów marzenia, następnie zaś swoje pięć minut mieli fotoreporteży amatorzy, takie chwile trzeba bowiem uwieczniać na zdjęciach, aby o każdej porze dnia i nocy móc na nie zerknąć i przywołać na myśl radosne chwile.

Kolejny punkt programu miał miejsce w salonie pani Doroty i jej męża. Zasiedliśmy przy długim stole i przy gorącym napoju oraz pysznym torcie, który specjalnie na tę okazję podarowała nam Cukiernia Sowa, rozpoczęliśmy debatę na temat marzeń, zainteresowań, fundacji i życia. Kiedy talerzyki były już puste, pole oddaliśmy sponsorom łódki, którzy przygotowali dla nas specjalny pokaz zdjęć, wzbogacony o barwne opowieści z wyprawy 9-letnią Škodą, którą przez 20 dni pokonywali drogi i bezdroża od Czech po Ułan Bator, nie mając przy tym bladego pojęcia o jakiejkolwiek naprawie samochodów, co przyznawali z rozbrajającym uśmiechem. Na ponad 200 uczestników zajęli 5. miejsce, za co należą im się wielkie brawa. To się nazywa szaleństwo i ekipa ludzi pozytywnie zakręconych, którzy mają do tego wielkie serca. Nietrudno się domyślić, że wszyscy słuchaliśmy tych opowieści z wypiekami na twarzy, a kiedy wracaliśmy do Warszawy, byliśmy tak naładowani pozytywną energią, że sami mieliśmy ochotę zrobić coś szalonego. Ostatecznie zwyciężył jednak zdrowy rozsądek, ale za jakiś czas…

Co dobre, szybko się skończy, tak też było z naszą wizytą w Pułtusku. Na koniec, żeby ukraść coś jeszcze z tego wyjątkowego czasu, odbyła się powtórna sesja zdjęciowa, tym razem ze Škodą Superb (wcześniej dziecięca część uczestników naszego spotkania odbyła nią krótką przejażdżkę) jako gwiazdą obiektywu, którą ktoś z ekipy określił mianem megawypasionej. Choć nie znam się na samochodach i uważam, że najlepsze i najszybsze są te czerwone, miał chyba jednak rację, bo jej urokom nie oparła się nawet pani Dorota, której podsunęliśmy pomysł, aby napisała w tej sprawie list do Świętego Mikołaja, jeden z wolontariuszy chciał natomiast przejechać się choćby w bagażniku, a podczas drogi powrotnej robił wszystko, aby wysłużonym Passatem prześcignąć nowiutką Škodę. Udało mu się to przez przypadek – Škoda zatrzymała się na tankowanie i tym sposobem nasi zdobywcy mongolskich stepów niezamierzenie spełnili tego dnia jeszcze jedno marzenie.

Dziękujemy wszystkim, dzięki którym spełniło się marzenie Krystiana. Bez Państwa pomocy nie byłoby to możliwe:

– uczestnikom rajdu Mongolian Job 2013: Michałowi Aramentowi, Krzysztofowi Sokolikowi i Jakubowi Wronkowskiemu – za wielkie serca i pokazanie nam wszystkim, że warto spełniać marzenia i pokonywać własne lęki,

– Centrum Handlowemu Wola Park – za przekazanie nam brakującej kwoty,

- anonimowym sponsorom z dalekiego kraju za finansowe wsparcie,

– Sławomirowi Mindakowi, właścicielowi firmy Mindak – Produkcja Łodzi, za udzielony rabat,

– prezesowi Stołecznego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego oraz jego współpracownikom, w szczególności Tomaszowi Godlewskiemu, który dzielnie zniósł trud 15-godzinnej jazdy samochodem,

– wszystkim, którzy wpłacili pieniędze za pośrednictwem portalu Siepomaga.pl - za dobre serce,

– Cukierni Sowa – za słodki podarunek,

– Dorocie i Bogusławowi Wiśniewskim – za pomoc w zorganizowaniu realizacji marzenia Krystiana oraz przyjęcie nas „jak swoich”,

– Škodzie Polska – za wypożyczenie samochodu.


Wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się więcej o wyprawie Mongolian Job 2013 i choć przez chwilę poczuć moc adrenaliny, zapraszamy na: https://www.facebook.com/TheMongolianJobTeam