Na ten dzień Michał czekał półtora roku. 26 sierpnia w końcu następuje. Barcelona, Camp Nou, Leo Messi, Marc-André ter Stegen, Gerard Pique, Marc Bartra, Ivan Rakitić, Sergio Busquets, Sergi Roberto, Luis Suarez, Neymar. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Od rana kumulacja emocji – radość, motyle w brzuchu, ale też lekkie zdenerwowanie, bo tak to już jest, kiedy nagle to, o czym tak bardzo marzyłeś, nabiera realnych kształtów.

 Śniadaniu towarzyszą telewizyjne relacje z boiska, wszak dzień meczu to święto całej Barcelony. Balkony udekorowane bordowo-granatowymi i żółtymi flagami Barçy, poprzebierani kibice, ogólna radość i zbiorowe obstawianie wyniku meczu. Michał bezdyskusyjnie celuje w zwycięstwo katalońskiej jedenastki, jednak uważa, że przeciwnik – choć o wiele słabszy – zasługuje choćby na honorową bramkę. Długo oczekiwane informacje o wyborze pierwszego składu cieszą – trener Luis Enrique Martínez García idealnie odczytuje oczekiwania naszego Marzyciela. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że będzie to udany dzień.

 Droga do stadionu to zaledwie 20 min. spacerem. Magiczne 20 min., które potęguje narastającą euforię. Co krok mijamy równie podekscytowanych kibiców. Śpiewy, trzepoczące flagi, promieniejące od uśmiechu twarze, usłyszane od przypadkowo spotkanych rodaków „Też idziecie na mecz?”. Jasne, że tak, ale na nas czekają dwie wisienki na barcelońskim torcie.

 Przy Camp Nou spotykamy Alberta z działającej przy FC Barcelona fundacji, która pomaga nam w spełnianiu marzeń. To on się dziś nami opiekuje. Wypowiedziane przez niego łamaną polszczyzną „Dzień dobry. Jak się macie?” od razu przełamuje lody. Michał dostaje meczowy bilet – niby zwykły kawałek papieru, ale tak naprawdę przepustka do krainy szczęścia. Kilkadziesiąt metrów dalej ukazuje się ona naszym oczom. Camp Nou – dwa magiczne słowa. Piękny, ogromny stadion, wypełniony niemal po brzegi kolorowo ubranymi ludźmi. Jesteśmy pół godziny przed czasem, więc to idealny moment na małą sesję na tle boiska, które dla kibiców stanowi wartość samą w sobie, bezcenną, rzecz jasna. Tym razem jest ona jeszcze wyższa niż zazwyczaj, wszak rozgrzewają się na nim ci, dla których przebyliśmy prawie trzy tysiące kilometrów.

 Kto ma flagi, podnosi je jak najwyżej i macha nimi z całych sił. Huk bębnów i trąbek. Morze uniesionych w górę rąk. Zaczyna się odliczanie: diez, nueve, ocho, siete, seis, cinco, cuatro, tres, dos, uno!!! Są. Na murawę jeden po drugim wchodzą piłkarze. Wymarzona jedenastka. Jeszcze tylko hymn, pierwszy gwizdek i się zaczyna. Michał cały w euforii. Głośno klaszcze i pokrzykuje, kiedy tylko jest ku temu okazja. Niewykorzystane szanse, faule, których tego dnia jest naprawdę dużo. Bardzo przeżywa moment, kiedy w wyniku kopnięcia przez przeciwnika na murawę boiska upada jego ukochany Leo Messi. Chwila grozy – podniesie się czy nie? Udało się, wraca nawet na boisko, ale – niestety – za chwilę schodzi z niego na dobre, kontuzja okazuje się poważna. Nasz Marzyciel bardzo martwi się o zdrowie swojego idola. Sytuację osładzają bramki. Stadion szaleje, a wśród nich nasz Michał – najważniejszy kibic tego dnia, który wiedzą na temat Barçy zawstydziłby niejednego fana Katalończyków. Końcowy gwizdem, uff, jest upragnione zwycięstwo.

 Powoli kierujemy się do drugiego momentu kulminacyjnego dzisiejszego dnia, na spotkanie z piłkarzami. Nie mamy wątpliwości, jak bardzo Michał jest szczęśliwy i podekscytowany. Jako pierwszy jego oczom ukazuje się Jordi Alba, potem kolejno Claudio Bravo, Ter Stegen, Jordi Masip, Sergio Busquets, Javier Mascherano, Luis Suarez, Marc Bartra, Sergi Roberto, Adriano, Neymar. Błysk fleszy jak na czerwonym dywanie. Pamiątkowe zdjęcia, autografy w notatniku i na koszulce. Piłkarze niemiłosiernie zmęczeni, ale bardzo sympatyczni. Luis Suares pyta, skąd jesteśmy i czy mecz się nam podobał. Jest w świetnym humorze, wszak przez chwila strzelił dwie bramki. Marc-André ter Stegen obdarowuje naszego Marzyciela koszulką, po którą specjalnie poszedł do samochodu. Wszystko dzieje się bardzo szybko, są duże emocje, jest radość i ten charakterystyczny błysk w oku, kiedy dzieje się coś, co wydawało się nierealne.

 Godzinę później wszyscy piłkarze są w drodze do domu, my zaś w drodze do hotelu. Zanim w nią ruszamy, dziękujemy Albertowi za pomoc, wręczamy dylom i Michał ostatni raz spogląda na Camp Nou, pełen nadziei, że jeszcze tu powróci.