Dzień I

Wczesnym rankiem udałam się na lotnisko, aby spotkać się z Dagmarą i jej Mamą. Od razu je poznałam, bo Dagmarę znałam już wcześniej z obozu ;). Lot miałyśmy za godzinę dlatego od razu po przywitaniu się poszłyśmy na odprawę. Dziewczyny były trochę przestraszone, bo pierwszy raz leciały samolotem, dlatego starałam się podtrzymać je na duchu, że loty są zazwyczaj spokojne, a nie groźne. Nim się obejrzały byłyśmy już na miejscu na lotnisku Beauvis we Francji. Odetkałyśmy uszy i wyszłyśmy z terminala. Świeże powietrze dobrze nam zrobiło, bo w kokpicie było trochę duszno. Pośpieszyłyśmy do autobusu, który miał nas zawieść się na Porte Maillot (jedna z Paryskich stref ) i w nie całą godzinę zajechałyśmy na miejsce. Od razu po wyjściu z busa poszłyśmy najpierw coś zjeść do pobliskiego centrum handlowego i kupić coś na prowiant. Po zakupach udałyśmy się na metro, bo wciąż miałyśmy ze sobą swoje bagaże i byłyśmy zmęczone po podróży. Na początku miałam trochę kłopot z ogarnięciem metra jednak udało nam się dotrzeć do stacji Franklin D. Roosevelt, gdzie przesiadłyśmy się na drugie metro, które zawiozło nas na ulice Maraichers, gdzie był nasz hotel. Jechałyśmy metrem półgodzinki, więc jak wysiadłyśmy była 15:30. Skręciłyśmy w małą francuską uliczkę gdzie był usytuowany nasz hotelik z wielkim szyldem „Hotel Tamaris”. Weszłyśmy do środka i przywitałyśmy się z portierem. Spytał się na kogo jest rezerwacja, powiedziałam mu wszystkie dane i zdziwił się, bo nie mógł nikogo takiego znaleźć o moim nazwisku. Na szczęście portier tylko się zakręcił i nie spojrzał dokładnie na kartę gości ;). Wzięłyśmy kluczyk pokoju 642 na 6 piętrze i pojechałyśmy windą do góry. 3-osobowy pokoik był skromny, ale za to zadbany, czysty i elegancki. Położyłyśmy torby i od razu padłyśmy na łóżko aby odpocząć. Po długim odpoczynku o ok. 19 uszykowałyśmy się i poszłyśmy w stronę dzielnicy Oberkampf, która nocą wygląda prześlicznie. Gdy wysiadłyśmy z metra i poszłyśmy na powierzchnię, pierwsze nasze słowo brzmiało: „wow!”. Od razu po wyjściu ujrzałyśmy wielkie rondo, a na środku kolumna, na której czubku był osadzony złoty anioł. Za nim znajdował się Plac Wogezów, najstarszy plac w Paryżu z kompleksem królewskich rezydencji. Na koniec tej miłej przechadzki poszłyśmy na gorącą czekoladę, a Mama Dagmary zamówiła kawę . Zapomniałam, że jeśli nie powie się cafe creme to dostaje się tą małą filiżaneczkę na kilka łyków. Uśmiałyśmy się z Dagmarą co nie miara, bo my takie duże kubki z czekoladą, a biedna mama taką maluteńką. Wracając musiałyśmy się jeszcze skusić na pyszne Donaty z czekoladą, które serwowała budka ze słodyczami. Gdy wróciłyśmy szybko się umyłyśmy i poszłyśmy spać, bo jutro czekał nas dzień pełen wrażeń czyli dużo chodzenia, aby móc zwiedzić jak najwięcej ;). Dobranoc!

Dzień II

O godz. 8:00 wyruszyłyśmy w stronę miasta. Najpierw jednak spotkałyśmy się z przyjaciółką Fundacji - Asią, która pomaga wolontariuszom we Francji. Dzielnica Anvers to miejsce naszego spotkania. Tam Asia powiedziała mi jakie muzea warto zwiedzić, co dzisiaj jest zamknięte i jaką trasą mniej więcej powinnam się udać, aby zwiedzić całe miasto. Po spotkaniu z nią poszłyśmy zjeść śniadanie do wegetariańskiego baru. Po zjedzeniu poszłyśmy w górę przez francuskie uliczki, aby dostać się na Wzgórze Montmare, które słynie z urokliwego parku i ciekawych miejsc. Przeszłyśmy przez park, który prowadzi do Bazyliki Sacre-Coeur . Droga była ciężka i długa, ale warto było gdyż widok z wzgórza roztaczał się na połowę panoramy Francuskiej. Następnie weszłyśmy do środka, żeby zwiedzić tą piękną renesansową budowlę z wieloma zdobieniami i arcydziełami chrześcijańskimi. Miałyśmy okazję zobaczyć kapelanów francuskich i początek mszy. Następnie po wyjściu udałyśmy się w stronę Muzeum poświęconemu Salvadorowi Dali’emu. Po drodze, przy murach otaczających bazylikę, siedziała pani ubrana w kwiecistą sukienkę a nad nią parasolka z kwiatów, która grała na akordeonie. Melodia tak nas zachwyciła, że stałyśmy tam z dobre 15 minut ;). Idąc w dół napotkałyśmy jeszcze Muzeum Chat Noir, do którego wstąpiłyśmy. Z całych przepięknych sekwencji parków w tym muzeum zachwycił nas czarny kot, który jest symbolem tego budynku. Później zeszłyśmy w dół gdzie było muzeum Salvadora Dali. Oryginalność obrazów i rzeźb mile nas zaskoczyła. Po wyjściu zrobiłyśmy małą przerwę i udałyśmy się metrem do Moulin Rouge - słynny teatr, w którym robione są najbardziej spektakularne wydarzenia taneczne, następnie znowu do metra a stamtąd udałyśmy się do La Defense – nowoczesnej dzielnicy Paryża. Tam znajduje się słynna budowla Grande Arche – czyli nowoczesny łuk triumfalny . Cały kompleks budynków był ekstra, wyglądało to jak miasto w przyszłości, brakowało tylko latających samochodów :). Poszłyśmy też zobaczyć nowoczesne centrum handlowe, gdzie kupiłyśmy pamiątki. W drodze do domu zatrzymałyśmy się jeszcze na chwile na przystanku Charles de Gaulle, gdzie znajduje się Łuk Triumfalny. Tam poszłyśmy zjeść coś ciepłego, a na koniec dnia, gdy byłyśmy już zmęczone chodzeniem udałyśmy się pod wieżę Eiffla, przeszłyśmy przez Drogę Marsową, następnie w dół w stronę barobusów i tak na koniec dnia usiadłyśmy na wygodnych fotelach i płynęłyśmy godzine rejsem po Sekwanie. Wróciłyśmy do hotelu o 22 i padłyśmy jak kawki, żeby wyspać się na kolejny dzień pełen przygód ;).

Dzień III

Dzisiaj pozwoliłyśmy sobie na trochę luzu i wstałyśmy później. Zjadłyśmy śniadanie tym razem w hotelu. Po zjedzeniu ogarnęłyśmy się i poszłyśmy na metro, kierunek: Pere Lachaise. Tam udało nam się znaleźć groby znanej Edith Piath i Morrisona. Cały cmentarz zachwycił nas tym, że każdy grób był inny i do każdego było wejście, a wejścia te były każde inne, jedne starsze, drugie bardziej zadbane czy nowsze. Po zwiedzeniu cmentarza pojechałyśmy w stronę miasta. Tam w centrum Paryża swoją przygodę zaczęłyśmy od zwiedzenia muzeum w Luwrze. Zanim jednak poszłyśmy zwiedzać specjalnie wysiadłam przystanek za muzeum aby ujrzeć Palais de la Decouvere, Grand Palais Gal.Nat. i Petit Palas, czyli kompleks trzech barokowych pałaców, a stamtąd przez przepiękne arystokracki park, który prowadził do Luwru. Muzeum było dla nas czymś niesamowitym. Tyle obrazów, przepychu. Każda z nas znalazła tutaj coś co jej się bardzo podoba. Oczywiście nie mogłyśmy nie zobaczyć obrazu Mony Lisy i Wolności Wiodącej na Barykady. Zresztą co ja mówię, oczywiście, że było wszystko! Po 3 godzinach zwiedzania poszłyśmy coś zjeść. Po odpoczynku minęłyśmy Luwr, przeszłyśmy na drugą stronę przez Sekwanę do muzeum D’Orsay – sztuki na pasażu handlowym. Obrazy tam były równie godne uwagi jak w Luwrze, ale najbardziej zachwyciły nas suknie za czasów wiktoriańskich, długie, bufiaste, na górze z gorsetem. Suknie były śliczne i fakt, że mogłyśmy je oglądać w 3D był cudowny. Po tym wybrałyśmy się do Auber, gdzie wstąpiłyśmy do kawiarni aby odpocząć i coś zjeść. Te dwa muzea, w których byłyśmy były takie duże, że naprawdę zajęły nam dużo czasu. Kawiarenka była przytulna, zamówiłyśmy sobie po ciastku i gorącej czekoladzie . Nim się obejrzałyśmy wybiła 18 i panie zamykały kawiarnię, więc udałyśmy się w dalszą podróż. Po drodze miałyśmy okazję zobaczyć Pałac Garniera, gdzie produkowane są te znane kosmetyki. Udałyśmy się metrem do Bir-Hakeim, gdzie zwiedziłyśmy najbardziej monumentalną i rozpoznawalną wieżę Eiffla! Akurat jak weszłyśmy na plac, gdzie znajdowała się wieża (było już ciemno, cała było oświetlona) gwiazdki się zapaliły i zaczęła się mienić od początku do końca. To było cudowne. Ustawiłyśmy się w kolejkę i w końcu nadszedł czas, kiedy jechałyśmy na sam szczyt. Widok był przepiękny, cała panorama, jeszcze nocą to całe miasto wyglądało jak miasto świateł, a samochody jak małe świetliki, które umykały między uliczkami. Wjazd na wieże bardzo nas naładował energią, której już brakło po chodzeniu i zwiedzaniu. Nadszedł czas na powrót. Wysiadłyśmy na swoim przystanku i szłyśmy w stronę hotelu. Z daleka było widać mały bar gdzie serwowali makarony, więc wstąpiłyśmy tam bo byłyśmy trochę głodne . Uśmiałyśmy się co nie miara! Francuzi się z nas śmiali, że nie umiemy francuskiego a my z nich, że oni Polskiego. Było naprawdę zabawnie i obiecywałyśmy sobie, że jeszcze kiedyś przyjdziemy do naszego baru z miłymi ludźmi ;).

Dzień IV

Pobudka o 9:00, ogarnęłyśmy się i zeszłyśmy na śniadanie. Po zjedzeniu poszłyśmy się szybko ogarnąć i wyruszyłyśmy na miasto. Przystanek Saint Michel. Idziemy przez most na wyspę Cite, by zobaczyć Sainte Chapelle - dwukondygnacyjna kaplica zamkowa położona w centrum dawnej siedziby królewskiej. Wnętrze tej kaplicy było prześliczne, wielkie duże witraże i charakterystyczne sklepienia krzyżowo – żebrowe charakteryzujące tamtą epokę – gotyk. Po zwiedzeniu Chapelle udałyśmy się w równie słynne miejsce jak Wieża Eiffla, czyli do Katedry Notre Dame, która słynie z powieści o dzwonniku. Mnie i Dagmarę najbardziej zachwyciła fasada tej katedry. Tyle zdobień i wykończeni. Niesamowite, że człowiek to stworzył. Najbardziej Marzycielce spodobał się ołtarzyk, gdzie można zapalić świeczkę w różnej prośbie. Po obejściu całej katedry przeszłyśmy się jeszcze wzdłuż wyspy, żeby popodziwiać widoki, a następnie udałyśmy się w stronę metra w kierunku Chateau de Versailles. Nasze zwiedzanie rozpoczęłyśmy już w metrze, bo cały dach pociągu było ozdobioną piękną tapetą z wzorem winorośli. Mogło się to wydawać dziwnie jak patrzałyśmy się w sufit no ale co.. w końcu byłyśmy turystkami ;). W końcu zajechałyśmy, a konkretnie Chateau oznacza Pałac a de Versailles w Wersalu. Mimo, że pogoda było pochmurna to i tak słynny Pałac w Wersalu zabił nas swoim pięknem i urokliwością. Bramy wykonane były ze złota, a za bramami znajdował się brukowany dziedziniec. Najpierw zaczęłyśmy zwiedzać wnętrze. Po przejściu dwóch kondygnacji pięter przeszłyśmy salę tronową, gdzie usiadłyśmy na chwilę na ławce, a przy okazji podziwiałyśmy wielkie obrazy przedstawiające sceny bitewne i wyprawy. Z Sali wyszłyśmy na dziedziniec skąd udałyśmy się w stronę ogrodów. Jedne bardziej kwieciste, kamienne, ze stawikiem lub z fontanną. Dagmarze najbardziej spodobał się ogród kwiecisty obok którego znajdował się staw. Po obejściu poszłyśmy przez aleję pomiędzy drzewami, a następnie obok pałacu, aby zahaczyć o arystokrackie stajnie i wielką fontannę zdobioną złotem. Po zwiedzeniu całego Pałacu byłyśmy zmęczone, bo zajęło nam to dobre 3-4 h. Wybrałyśmy się na ciepłe sandwiche i coś do picia. Znów się uśmiałyśmy, bo Mama Dagmary zamiast jednej dużej kawy dostała 3 malutkie! :D W centrum Paryża byłyśmy koło godziny 18. Poszłyśmy zobaczyć na pamiątki, następnie wróciłyśmy do hotelu. Zmęczone poszłyśmy spać specjalnie wcześniej aby przygotować się na podróż.

Dzień V

Godzina 7:30, ogarniamy się i pędzimy do Porte Maillot, gdyż nasz autobus na lotnisko odjeżdża o 9:50. Zajechałyśmy tam na 9:20. Pośpiesznie zjadłyśmy coś w Centrum Handlowym i akurat zdążyłyśmy na przyjazd autobusu ;) . Lot mamy o 12:20, więc poszłyśmy wcześniej na odprawę, żeby mieć to już za sobą i być spokojnym. Gdy przeszłyśmy wszystko i w końcu usiadłyśmy, odetchnęłyśmy z ulgą. Lot znowu przebiegł bez żadnych turbulencji. W samolocie zamówiłyśmy sobie jeszcze coś do jedzenia i zaraz po tym wysiadłyśmy. Zabrałyśmy dziewczyny do Oliwy, bo było im bardziej po drodze do domu. W końcu trzeba było się pożegnać. Aż ciężko uwierzyć, że to tak szybko zleciało! Ale oczywiście nasz kontakt z Dagą się nie urwie i dalej będziemy się kontaktować. Nawet kiedyś jak będzie już starsza to obiecałyśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy. Chciałam serdecznie podziękować dziewczynom, za to, że mogłam trafić na tak wspaniałe i miłe osoby na wyjeździe. Również dziękuję Pani Asi z Francji, która mimo braku czasu znalazła czas, żeby się z nami spotkać. Niech marzenia się spełniają.