UWAGA, UWAGA.

Poniższa relacja z realizacji marzenia została napisana przez Angelikę, naszą Marzycielkę.

   W piątek piętnastego kwietnia około godziny ósmej rano wyjechaliśmy do Poznania. W skład grupy wyjazdowej wchodzili: babcia, mój brat Grzegorz (na czas podróży przemianowany na Piotrusia), Marcin - wolontariusz Fundacji oraz Pan Krzysztof - kierowca z firmy GMBUS. Podróż minęła bardzo szybko i bardzo wesoło. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy - było super. Nawet nie obejrzeliśmy się, a już byliśmy na miejscu. Obowiązkowo zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową pod znakiem informującym nas, że właśnie wjeżdżamy do Poznania. Gdy dotarliśmy do hotelu, udaliśmy się do swoich pokoi. Dodam, że był to nie byle jaki hotel, a słynny Sheraton. Informacje o tym, że jest to bardzo luksusowe i przyjazne miejsce w 100% się potwierdziły.
   Po krótkim odpoczynku nadszedł czas na pierwszą wycieczkę po Poznaniu - udaliśmy się do najważniejszego miejsca w całym mieście, czyli na Stadion Miejski przy ulicy Bułgarskiej. Pod oficjalnym sklepem Lecha spotkaliśmy się z Gosią - wolontariuszką Fundacji z Poznania i jednocześnie pracowniczką KKS Lech Poznań. Gosia, okazała się bardzo miłą, uśmiechniętą, pogodną dziewczyną, więc nie było żadnych problemów z komunikacją. Po szybkim zapoznaniu się oraz korzystając z okazji, że byliśmy pod sklepem z pamiątkami nie omieszkaliśmy tam wstąpić. Oj, ile tam pięknych rzeczy. Od pana Krzysztofa otrzymałam piękny pin, który od razu został wpięty w moją bluzę. Okazuje się, że to był dopiero pierwszy ze wspaniałych prezentów, które na mnie tego dnia czekały.
   Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się na stadion. Początkowo chodziliśmy i zwiedzaliśmy sami (sami tzn. Gosia oraz cała nasza grupa wyjazdowa). Niespodziewanie i niezauważeni przez nikogo z nas, przyszli piłkarze Lecha: Bartek Bosacki, Rafał Murawski, Ivan Djurdjevic i Vojo Ubiparip. Cóż to było za spotkanie, nie wiem nawet jak opisać to uczucie, więc nie będę na siłę szukała słowa - napiszę tak, BYŁO TO COŚ FANTASTYCZNEGO! Kapitan zespołu, Bartek wręczył mi koszulkę Kolejorza na której obok nr 10 oraz mojego imienia znalazły się podpisy wszystkich zawodników Lecha. Był czas na zdjęcia, rozmowy. Sam Murawski pchał mój wózek. Rewelacja. Po pobycie na świeżo skoszonej murawie udaliśmy się do szatni. Co prawda nie była to szatnia gospodarzy tylko gości, ale dostaliśmy zapewnienie, że obie są identyczne. Dużo żartowaliśmy, zrobiliśmy nawet mały konkurs z wiedzy o drużynie (m.in, kto gra z jakim nr na koszulce). Było bardzo wesoło i miło. Chłopaki podpisali swoje karty, mój brat też dostał dwie. Niestety nadszedł czas rozstania, ponieważ piłkarze musieli iść na trening. Trochę smutno było się rozstawać. Ogólnie bardzo przyjemnie spędzony czas.
   Okazuje się, że to nie koniec atrakcji na stadionie. Z panem zajmującym się marketingiem poznańskiej drużyny zwiedziliśmy jeszcze historyczny korytarz, gdzie pokazane są największe sukcesy Lecha. Staliśmy w tym korytarzu i oto kolejne zaskoczenie - akurat przechodzili piłkarze Lecha. Prawie ze wszystkimi powiedzieliśmy sobie „Cześć" lub „Dzień dobry", zupełnie jakbyśmy się znali nie od dzisiaj. Z Manuelem Arboledą udało się nawet zrobić zdjęcia. Coś wspaniałego. Kolejną atrakcją była konferencja prasowa (ta atrakcja zaskoczyła nawet Marcina), na której wypowiadał się trener Lecha - Bakero. Na żywo wygląda to inaczej. W sali konferencyjnej było strasznie gorąco. Chyba nie było klimatyzacji albo się popsuła, nie wiem. Po zakończeniu konferencji kolejna niespodzianka - trener Bakero podszedł do mnie i kolekcja moich zdjęć znów się powiększyła, tym razem mam zdjęcie z trenerem.

   Ufff, atrakcji co nie miara, bardzo fajnie spędzony czas i bardzo, ale to bardzo żal było odjeżdżać z siedziby Lecha. Chciałoby się tam zostać jak najdłużej, ale i tak trochę czasu tam spędziliśmy.
Po tylu emocjach troszkę zgłodnieliśmy więc pojechaliśmy na Rynek, żeby poszukać jakiejś restauracji. Trochę pochodziliśmy i znaleźliśmy. Wszyscy zgodnie zamówiliśmy sobie schabowe, które okazały się bardzo duże i smaczne! Po posiłku mieliśmy wracać do hotelu, ale Gosia zaproponowała że pokaże nam malowane króliki. Jakie króliki pomyśleliśmy? Sprawę trzeba było zbadać więc udaliśmy się do centrum handlowego „Stary Browar". Faktycznie, było tam całe mnóstwo figurek królików. Naprawdę bardzo dużo. Jeden, zdecydowanie większy od pozostałych pomalowany był typowo po poznańsku, miał wiele symboli kojarzących się z Poznaniem - do niego była największa kolejka. Po wyjściu z galerii niektórzy kupili sobie lody (Marcin z Gosią nawet takie magiczne po których ich usta, zęby i języki były niebieskie, ale na szczęście następnego dnia nie było już tego widać) i wróciliśmy do hotelu. Był to bardzo długi, wyczerpujący ale za to niesamowicie pozytywny i magiczny dzień. Aż strach co się wydarzy dnia następnego.

Słoneczny poranek obudził nas dużo szybciej niż umówiona godzina 9, o której wszyscy mieliśmy stawić się na śniadaniu. Dało się już wyczuć atmosferę oczekiwania na dzisiejszy mecz. Śniadanie było bardzo obfite i smaczne, więc najedliśmy się do syta. Pogoda dopisała, było bardzo słonecznie więc udaliśmy się na spacer. Chodząc po mieście widać było, że dzisiaj jest mecz, ponieważ po ulicach chodzili już kibice ubrani w barwy Lecha. Zobaczyliśmy zegar, który pokazuje ile z Poznania jest kilometrów do różnych miast świata, potem pojechaliśmy na Rynek zobaczyć koziołki. Im bliżej było godziny 12:00 tym na Rynek przychodziło więcej ludzi i robił się coraz większy tłok. Punktualnie w południe koziołki wyszły i zaczęły się trykać rogami 12 razy. Słychać było kibiców Lecha, którzy odliczali każde tryknięcie, a na koniec krzyczeli „Jeszcze jeden, jeszcze jeden", jednak koziołki nie posłuchały i schowały się. Około godziny 13:00 dojechał nauczyciel WF-u z mojej szkoły - Pan Piotr. Byliśmy już wszyscy w komplecie. Zostało więc się spakować, podziękować bardzo serdecznie za wszystko osobom pracującym w hotelu (niestety nie udało nam się spotkać z Panem Marco - dyrektorem hotelu, ale mam nadzieję, że to kiedyś nadrobimy) i można było kierować się w stronę stadionu na mecz.
   Po małym zamieszaniu z biletami weszliśmy na Stadion. Wspaniały widok. Kibiców na nim zasiadających jeszcze aż tak dużo nie było, ale z każdą minutą stadion zapełniał się oraz robił się coraz bardziej głośny. Musieliśmy się rozdzielić, bo ze mną  mogła zostać jedna osoba. Zostałam więc z panem Piotrem, a brat, Marcin i babcia poszli zająć miejsca trochę wyżej. Udało się nawet, żeby kierowca - Pan Krzysztof wszedł na mecz i go obejrzał.
Mecz super. Doping niesamowity, oczywiście ja też kibicowałam. Atmosfera robi piorunujące wrażenie. Kibiców na stadionie było 36 240, przynajmniej tak wyświetliło się na telebimach. Coś niesamowitego. I ten doping, WOW. Bardzo szybko minęła pierwsza połowa, przerwa też, a druga połowa zupełnie jakby była skrócona do paru minut - jednak to ona okazała się najbardziej szczęśliwa. W 83. minucie Rudnevs strzelił gola na 1:0 i na trybunach zapanowała niczym niepohamowana euforia, cały stadion zaczął się trząść, a radość kibiców na pewno było słychać w promieniu kilku kilometrów. Pomimo kilku okazji takim wynikiem mecz się skończył. Fajnie, że Lech wygrał. Marzenie spełnione, nawet wynik piękny (podobno to też Fundacja załatwiłaJ, choć nie chce mi się w to wierzyć).
   Na koniec dostałam dyplom spełnionego marzenia, Pan Krzysztof i pan Piotr dostali podziękowania za udział w realizacji mojego marzenia. Po odczytaniu mojego dyplomu oraz podziękowań ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy. Zatrzymaliśmy się jeszcze na obiad w małej restauracyjce i około północy dojechaliśmy do domu.
Niezapomniane wspomnienia. Dwa naprawdę szczęśliwe dla mnie dni. Szkoda, że tak szybko minęły. Żal było się rozstawać.

 Relacja Wolontariusza - Marcina 

PIĘKNA RELACJA - NIC DODAĆ NIC UJĄĆ.

Dziękujemy Angeliko za jej napisanie.

 Ze swojej strony chciałabym w tym miejscu z całego serca podziękować, w swoim imieniu, w imieniu Fundacji Mam Marzenie oraz w imieniu Angeliki i Jej rodziny wszystkim osobom wielkiego serca, dzięki którym marzenie Angeliki mogło się spełnić.

W szczególności gorące podziękowania składam:

Panu Marco Foelske - dyrektorowi hotelu SHERATON za wspaniałą gościnę i iście domową atmosferę w czasie naszego pobytu.

 

Wszystkim pracownikom hotelu SHERATON za okazaną pomoc, za życzliwość i uśmiech.

 

Piłkarzom, działaczom, wszystkim pracownikom klubu KKS LECH POZNAŃ za poświęcony nam czas, za włożone serce, okazaną serdeczność oraz za to, że podczas wspólnego spotkania panowała iście rodzinna atmosfera. Dziękujemy również za to, że relacja z naszego spotkania znalazła się na oficjalnej stronie Lecha. Oto link http://www.lechpoznan.pl/art,17478,angelika_spelnia_swoje_marzenie.htm

Informacja ukazała się również w innym lechickim portalu

http://lechnews.pl/2011/04/15/lechici-spelnili-marzenie-angeliki/

 

Firmie GMBUS, a w szczególności Panu Krzysztofowi za ogromne serce, za zaangażowanie oraz szczęśliwą podróż.

 

Panu Piotrowi - nauczycielowi WF-u za to że znalazł czas i ochotę aby uczestniczyć wraz z Angeliką w tym szczególnym dla niej dniu.

 

Gosi - wolontariuszce poznańskiego oddziału Fundacji Mam Marzenie oraz jednocześnie pracowniczce klubu KKS LECH POZNAŃ za organizację naszego wyjazdu, za przepiękne chwile, które dzięki niej przeżyliśmy, za poświęcony czas i wszelką pomoc.

 

Agnieszce - wolontariuszce warszawskiego oddziału Fundacji Mam Marzenie za koordynację całego przedsięwzięcia oraz za wypożyczenie wspaniałego, różowego aparatu, dzięki któremu mogliśmy uwiecznić nasz wyjazd.

 

Jeśli kogoś pominąłem, to przepraszam i również składam gorące podziękowania.

 

Dziękujemy również Tobie Angeliko za możliwość spełnienia Twojego wspaniałego marzenia. Pamiętaj, NIGDY NIE PRZESTAWAJ MARZYĆ!