Od czego zacząć? Dobrze, że mogę w ogóle to zrobić, bo tak szybko jak wystartowaliśmy w podróż z Grześkiem, tak szybko mogła się ona zakończyć, gdyż jadąc naszymi pięknymi drogami parę razy mieliśmy okazję krzyczeć: „Gdzie jest droga?! To już koniec?!”  Ach, ten urok polskich dróg... Ale w końcu jesteśmy dzielnymi wolontariuszami, którzy nawet pokonaliby pola, lasy i morza (żabcie, cytrynki, miśki i Bóg wie jak jeszcze nazwane auta moich kolegów i koleżanek z fundacji wiele potrafią) by dostać się do naszych marzycieli. Ale nie przeciągając, przejdę do sedna sprawy, jakim jest spełnienie marzenia. Gdy udało nam się dotrzeć na miejsce, zostaliśmy słodko przyjęci. Pisząc słodko, mam na myśli smakowite ciasto jakim zostaliśmy poczęstowani. Wspominam o tym, bo może nie każdy z Was wie, że jesteśmy łasi na słodkości i okradamy z nich wszystkie rodziny u których się pojawiamy - więc uważajcie, bo do Was też możemy trafić i ograbić wam lodówkę ;) Jak ktoś chce przybrać na wadze to zapraszamy do fundacji hihi.
Spotkanko minęło na sympatycznej rozmowie, a Natalia nie mogła się oderwać od całkowicie różowego laptopa ze wszystkimi różowymi akcesoriami, dzięki którym na jej twarzy widniał wielgaśny uśmiech (i o to właśnie chodziło :D) Rozmowa przebiegała gładko, telefony się urywały, siorbanie herbatki nie miało końca, aż tu nagle w obiekt naszego zainteresowania wpadł niespodziewanie…kot. Tak, tak, dobrze czytacie...kociak był po prostu mistrzowskii! Tulił się do wszystkich oprócz Grześka. Grzesiek, znawca kotów (sam bodajże jest szczęśliwym posiadaczem), wyłożył nam wykład na temat tych stworzeń, ale w praktyce było już gorzej, bo kot go nie polubił (pewnie się zezłości, że o tym wspomniałem ale zaryzykuje).
Natalio, cieszymy się, że mogliśmy Cię poznać i spełnić Twoje marzenie!