Po ponad rocznym okresie oczekiwania wyjazd Szymona do Barcelony stał się faktem. Marzyciel do ostatniej chwili nie wiedział o terminie spełnienia marzenia. Kiedy wczesnym rankiem  27 kwietnia 2010r  odbieraliśmy Szymona i jego rodzinę ze Żnina, był jeszcze trochę zaspany i zdezorientowany. Kolejny realizator marzenia pan Robert sprawnie przewiózł nas do Gdańska na lotnisko. Po drodze króciutki postój na autostradzie i dojechaliśmy na dwie godziny przed odlotem. Asystent osoby niepełnosprawnej w zasadzie na nas czekał. Odprawa poza kolejnością i winda do samolotu też w odpowiednim czasie była przygotowana. Po dwóch i pół godzinie lotu z deszczowego Gdańska znaleźliśmy się w Barcelonie.  

  Troszkę czekaliśmy na Julię, która tam na miejscu była naszym organizatorem i „człowiekiem od wszystkiego".

  Odebranie samochodu, którego wypożyczenie w Polsce załatwiła Krysia też trochę trwało, ale w końcu oszołomieni inną pogodą, palmami i wrażeniami z lotu pojechaliśmy za Julią do Castelldefels. Miejsce jak z bajki. Morze widać po wyjściu z bramy, apartament na parterze z wejściem prosto z dziedzińca i reszta też dostosowana do osoby niepełnosprawnej znowu nas zszokowała. Byliśmy zmęczeni i głodni, więc razem z Julią pojechaliśmy do centrum coś zjeść. Po powrocie do hotelu tylko herbata i spać. A następnego dnia  nowe osoby: najpierw mama Julii miała nam pokazać drogę do Barcelony i wrócić, ale korki zmusiły nas do zostania już koło „Kolumba” (nasze umawiane miejsce prawie każdego dnia) i zdeklarowania się, że sami trafimy z powrotem. Potem znalazły nas dwie wolontariuszki ze Stowarzyszenia przyjaźni Katalońsko-Polskiej – Patrycja i Natalia. No i ruszyliśmy szerokim deptakiem przed siebie. Las Ramblas -

serce Barcelony, setki turystów, Katalończyków i dziesiątki mimowych postaci, ożywających po wrzuceniu do koszyka choćby jednego eurocenta. Aparat fotograficzny cały czas w dłoni i z głowami kręcącymi się na karku jak na karuzeli ciągle szliśmy przed siebie. Tak doszliśmy do domów „Gaudiego”. Jest ich tam kilka wielkich, wysokich kamienic o bajecznych balkonikach, falistych liniach, w ogóle cudo. Już od dawna nie przeszłam tylu kilometrów, a wciąż dawałam radę. Szymon po drodze dostał od razu upominek-pamiątkę z Barcelony. Była to na miejscu, na „Rambli” zrobiona karykatura, bardzo trafna i dowcipna. Dziewczyny miały wykaz tanich miejsc do zjedzenia posiłku, ale wszędzie tam były niesamowite kolejki, bo to była pora lunchu. W końcu przeżyliśmy szok, bo na obiad czekaliśmy półtorej godziny. Oni tam tak mają, nie spieszą się, spóźniają się i wcale się nie tłumaczą. Tak było codziennie. Ale Szymon chciał przede wszystkim być na plaży. Wieczorem po powrocie z Barcelony poszliśmy na spacer nad morze. Robiło się już chłodno, ale było pięknie. Kiedy jednak jeden dzień zaplanowaliśmy na plażowanie, to od rana padał deszcz. Na szczęście po kilku godzinach przestało padać i Szymon mógł się wykąpać w basenie hotelowym na zewnątrz. Śniadania i kolacje robiliśmy na miejscu, były takie możliwości, ale też i zakupy dość spore. Poza morzem i plażą Szymon chciał koniecznie być w jakimś parku rozrywki. Po trzech dniach wdychania atmosfery Barcelony dzisiejszej i starej (gotyckiej), zobaczeniu „Tańczących fontann” na placu Hiszpańskim., parku Ciutadella i innych ciekawych miejsc na sobotę program przygotowali nam kolejni sponsorzy. Było to super małżeństwo Agnieszka -Polka i Albert – Barcelończyk z rodowodem niemieckim. Byliśmy z nimi w Oceanarium, w super muzeum nauki Cosmo-Caixe, na obiedzie i potem na górze Monteic, gdzie był wspaniały park rozrywki z kolejkami górskimi, i różnymi młotami i innymi miejscami do „latania w powietrzu” do góry nogami. Ja kompletnie osłabłam, bo to nie były urządzenia dla osób z lękiem przestrzeni, ale Szymon szalał z radości. Jak powiedział, to był jego najlepszy dzień. W niedzielę nowe atrakcje. Kolejna osoba „towarzysząca” Michał, Polak mieszkający siedem lat w Hiszpanii zabrał nas na wycieczkę do starego, środziemnomorskiego niezbyt dużego miasta (ponad 100 000 mieszkańców) – Seged. Była najpierw jazda znowu jak na karuzeli, serpentynami nad samym morzem. A potem spacer wąskimi uliczkami, znowu tysiące turystów, piękna pogoda, palmy i błękit nieba i morza. Szymon z mamą tak się napalili na tą pogodę, że już o drugiej wracaliśmy, żeby mogli zdążyć na plażę. Mieliśmy w naszej lodówce pizze i hamburgery. Po szybkim przygotowaniu w mikrofali i jeszcze szybszym zjedzeniu posiłku Szymon był już gotowy do wyjścia. Wtedy udało mu się nie tylko pobawić w piasku, ale też wykąpać. Zbierał muszelki dla koleżanek i był naprawdę szczęśliwy. Niestety dwa kolejne i ostatnie zresztą dni były ciężkie, bo nie tylko padało, ale lało i było zimno. Pojechaliśmy więc, tym razem sami bez obstawy do Muzeum figur woskowych. To też się bardzo Szymonowi podobało. Następnego dnia już trzeba było się pakować. I znowu  trochę spóźniona Julia z mamą odwiozła nas, czy raczej pilotowała nas do portu lotniczego. Tam zostawiliśmy Szymona z rodzicami, a same pojechałyśmy oddać samochód, który nam znakomicie służył przez tydzień. Na lotnisku znowu zaopiekowali się nami asystenci osób niepełnosprawnych. Odprawa poza kolejką, wszystko w porządku i po godzinie specjalną windą podwieźli nas do samolotu.  Na lotnisku w Gdańsku czekał na nas mój syn, który mieszka w Gdańsku i powitał Szymona z powrotem w Polsce, ale też czekał pan Robert z samochodem, który nas zawiózł do Żnina i w drodze powrotnej do Bydgoszczy podwiózł i mnie. Przy rozstaniu Szymon, jeszcze raz dziękował za spełnione marzenie.