|
Spełnienie marzenia: Manchester, 08 - 12.09.2006
Wolontariusze:
Relacja Marzyciela Rafała
A jednak! Cudowne marzenia się spełniają. Myślałem, że to nieosiągalne, ale fundacja dała z siebie 200%, byłem tam, rozmawiałem, nawet dotknąłem ich :P Cóż...nie wiem od czego zacząć.
Zawsze chciałem być piłkarzem, legendą, w końcu do odważnych świat należy :) W związku z tym chciałem się spotkać z moją ulubioną drużyną - Manchester United.
Przejdę do rzeczy, inne zdarzenia zdają się błahe w porównaniu do tego, co nasza trójka przeżyła :)
Dzień przed meczem zobaczyliśmy stadion z każdej możliwej strony bez tłumu fanów. NAPRAWDĘ niesamowita budowla, nigdy nie zapomnę wyglądu tego stadionu!
Następnego dnia już ok. 5h przed meczem ilość kibiców była przeogromna, wszyscy z podnieceniem wyczekiwali godziny 17:15. My mieliśmy zaszczyt obejrzeć stadion od środka, jeszcze opuszczony, zarządca klubu, Barry, wyprowadził nas na obrzeża murawy
( ja miałem zaszczyt jej dotknąć ^^ ). Później nadeszła chwila, na którą chyba wszyscy czekaliśmy...
Zaprowadzono nas do pokoju nieopodal, powitał nas Tomasz Kuszczak ( hurra :P ),
reszta graczy jadła lunch.
Gdy wracali byłem niesamowicie podekscytowany, serce biło jak szalone :D
takiej chwili się nie zapomina.
Mam zdjęcia, autografy i to uczucie spełnionego marzenia.
Gdy wychodziliśmy z odizolowanego pokoju poza stadion ludzie zza bramek patrzeli na nas z zazdrością, Bogu dzięki, że było tyle ochroniarzy.:P
Szczerze polecam !!
Mecz...na cudownym stadione Old Trafford - teatrze marzeń.
Rekord kibiców na stadionie - ponad 76000.
Atmosfera świetna, niesamowite widowisko, nawet jeśli nie jesteś fanem piłki nożnej! Najlepsze to, że to mój 1 mecz Manchester Utd na żywo i ... WYGRALI!
Tak, tak, ale pewnie się tego spodziewaliście :P od razu uprzedzam, że mecz nie był ustawiony
W Londynie zobaczyliśmy London Bridge i Tower Bridge, Buckingham Palace, Big Bena, Hyde Park i Imperial War Museum, które naprawdę było imponujące.
Marzenie się spełniło, nawet tak niesamowicie trudne.
Podziękowania ode mnie i całej rodziny za tak cudowne przeżycie dla wszystkich, dosłownie dla wszystkich :P
Tomasz Kuszczak też miał wielki udział w organizacji, do niego również kieruje serdeczne WIEEEELKIE DZIĘKI !
Trzeba mieć nadzieję, marzenia mogą się spełnić, a Fundacja "Mam marzenie" rządzi! :))
Relacja Michała Wawrzeckiego
Dzień 1.
Dzień pierwszy dla nasz wszystkich - marzyciela Rafała, jego brata Tomka i dla mnie początkującego wolontariusza, zaczął się już w środku nocy. "Jesteśmy"! Taką wiadomość dostałam na kwadrans przed naszą godziną "0", czyli piętnaście minut przed trzecią, w nocy rzecz jasna. Srebrny ford fiesta stał w umówionym miejscu, na parkingu przed Telewizją Katowice. Bałem się pierwszego uścisku dłoni, pierwszej wymiany zdań...wszystkiego co pierwsze bałem się jak cholera. Wiedziałem, że przede mną cztery dni z dwiema obcymi osobami, dlatego starałem się wypaść w pełni profesjonalnie, cokolwiek to znaczy i mam nadzieje, że nie było po mnie widać, że się boje. Na szczęście było ciemno. Witam, cześć, cześć, dzień dobry... Tato uśmiechnięty, chłopaki rozluźnione, za to mama zestresowana jeszcze bardziej niż ja, przynajmniej tak wyglądała.
Jedziemy na lotnisko. Siedzę obok taty-kierowcy. Jako świeży wolontariusz-przewodnik miałem nas poprowadzić najkrótszą drogą. Problem w tym, że nie znałem dokładnie drogi do Pyrzowic, dlatego, zupełnie niepotrzebnie, zobaczyliśmy jak wygląda centrum Piekar Śląskich nad ranem. Ale podobno prawdziwego wolontariusza nie poznaje się po tym jak zaczyna, a po tym jak kończy. Na szczęście moja trasa na lotnisko nie była dużo dłuższa niż ta właściwa. Dojechaliśmy na czas. Udając niemalże stałego bywalca lotnisk poszedłem po bilety. Paszport. Torba. Bagaż podręczny. Następny proszę. Jak w supermarkecie. Przeszedł czas na pożegnanie z rodzicami braci. Potem nasza pierwsza odprawa. W czasie sprawdzania paszportu człowiek w okienku spytał mnie w jakim miesiącu się urodziłem. Odpowiedz na to pytanie była tak oczywista, że aż się zawahałem, czy na pewno o to jestem pytany. Egzamin jednak zdałem. Nagrodą był wstęp do ziemi niczyjej, czyli strefy bezcłowej, niewielkiej krainy gdzie nawet luksusowe produkty wydają się być w zasięgu ręki i portfela. Do odlotu została mam godzina. Mimo moich obaw, głównie o moje zdolności do szybkiego dogadania się z osobami, które znam niej niż pięć lat, poszło dobrze, chyba nie przesadzę jak powiem, że nawet bardzo dobrze. Z humorów nie wyprowadziła nas nawet strata dwuzłotówki w automacie z batonikami. Padał deszcz. Może stratę monety chcieli nam wynagrodzić podstawiając autobus. Nie byliśmy wcale obrażeni, dlatego trud obsługi lotniska był niepotrzebny, zwłaszcza że podróż autobusem trwała dużo krócej niż dwa kiwnięcia ogonem, bo do samolotu z budynku było kilkanaście metrów.
Witamy na pokładzie...prosimy nie palić...prosimy zapiąć pasy...startujemy. Dla naszej trójki był to pierwszy lot... lot, który jak niektóre pierwsze razy, już od samego początku był fantastycznym przeżyciem. W czasie kołowania stewardesy dały próbkę umiejętności baletowych albo synchronicznego pływania, przynajmniej tak wyglądały ruchy dwóch pięknych umundurowanych w niebiesko-różowe kostiumy kobiet, które pokazywały jak się zachować jakby np. na dziesięciu tysiącach metrów coś stało się z samolotem. Równie bezcelowe jak transport autobusem z budynku do samolotu, ale przynajmniej piękne. Start. Nie jechałem nigdy moim ulubionym pożądanym porshe, ale myślę, że wrażenia ze startu samolotu są równie przyjemne. Nawet jak coś jest przyjemne, a trwa zbyt długo to może przyprawić o mdłości. Dlatego zaraz jak przebiliśmy deszczowe chmury nad Śląskiem, na wszelki wypadek upewniłem się czy papierowa torebka jest tam gdzie być powinna. Była. Wszyscy zostawiliśmy je następnym pasażerom, którym lot nie służyłby tak dobrze jak nam.
"Jaki piękny jest nasz kraj... z lotu ptaka" - jak mówił jeden z bohaterów filmu "Wniebowzięci". Wyspy Brytyjskie są równie piękne, z tą jednak różnicą, że również i z dołu. Po bezpieczny lądowaniu i brawach dla kapitan spotkało nas pierwsze rozczarowanie. Spodziewaliśmy się typowej angielskiej pogody, a tu cudowny poranek, piękne słońce, idealna temperatura. Lotnisko Luton, mimo że dużo większe niż Pyrzowice, pewnie jest od krajowego portu lotniczego uboższe, bo na kilkanaście metrów jakie przyszło nam pokonać z samolotu do budynku nawet nam autobusu nie podstawili. Po śniadaniu, w otoczeniu fanów jakiejś szkockiej drużyny (sądząc po kiltach), pojechaliśmy na dworzec kolejowy, a stamtąd do Manchesteru, z dwiema przesiadkami, za cholernie ciężkie pieniądze (na polskie jakiś tysiąc złotych!). W trzecim pociągu, kilka miejsc od nas, siedział umięśniony za nas wszystkich, mężczyzna z ogoloną głową, która sądząc po bliznach nie jedno na siebie przyjęła. Opowiadał świeżo poznanym towarzyszom podróży, historię ostatnich pięciu lat swojego życia. Rafał i Tomek mimo, że sporo po angielsku rozumieją, ze względu na specyficzny akcent, nie wiedzieli o czym opowiada. Rafał spytał czy ja rozumiem. Rozumiałem, jak to ciężko mu było przez te pięć lat w więzieniu w obcym mieście, ale jak to się teraz wszystko zmieni i jak to będzie pięknie w jego rodzinnym Manchesterze. Na dworcu w jego rodzinnym Manchesterze pytaliśmy o drogę do naszego, wymarzonego po kilkugodzinnej podróży, pierwszego przystanku - Domu Polskiego przy ulicy Carlton Road. Jeden autobus, przesiadka, drugi autobus... i kompletnie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Zmęczeni, brakiem snu i noszeniem ciężkich jak na kilkudniową podróż torbami (jak się później okazało bagaż braci ważył 11 kilogramów, mój tylko 7 ale i tak mnie męczył) zadzwoniliśmy do księdza, który miał nas gościć przez najbliższe dwa dni. Ksiądz, od 11 lat na obczyźnie, ulitował się i przyjechał po nas. W drodze do Domu Polskiego Rafał zobaczył po raz pierwszy miejsce, o którym marzył - stadionu Manchesteru United. Jego zachwyt udzielił się nawet mi, człowiekowi, który do fana piłki nożnej ma co najmniej tyle ile z Manchesteru do Katowic. Tym razem zbliżyłem się do piłki nożnej, a tym samym do Rafała jak nigdy wcześniej, bo stadion Old Trafford, jak to mówi mój przyjaciel Michał, po prostu kopie tyłek! Dom Polski. Nareszcie - obiad, prysznic, łóżko.
"4B" - to był nasz jutrzejszy cel, czyli brama przez którą mieliśmy przekroczyć próg Old Trafford. Postanowiliśmy odnaleźć ją jeszcze tego samego dnia. Stadion jeszcze pusty, jeszcze pozamykany, ale już działający na wyobraźnie marzyciela, tak jak to sobie towarzyszący mu wolontariusz może tylko wymarzyć. To jest to. Po spacerze, a raczej marszu do stadionu i z powrotem, po łącznie kilkunastogodzinnej podróży byliśmy wykończeni. Zawsze jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy, więc wziąłem ma siebie ciężar przyznania się do tego, że czuje się jak piłkarz po 90 minutach gry, dogrywce i serii karnych. Tomek ucieszył się, że mógł to wstydliwe wyznanie powiedzieć jako drugi. Godzina 20 kolacja, godzinę później, zbyt miękkie, ale jakże wygodne, w obecnej sytuacji łóżko, ustalenie planu na jutro (a ten był i napięty jak sytuacja na bliskim wschodzie) i spanie. Przyznam, że zrobiłem sobie dzień dziecka i nie umyłem nawet zębów.
Dzień 2.
To był ten dzień. Musiał być wyjątkowy, bo był nie do powtórzenia. Spełnienie marzenia. Spotkanie z piłkarzami Manchasteru United. Dubla nie będzie.
To wszystko sprawiło, że zaraz po przebudzeniu około ósmej wszyscy byliśmy spięci. Rafał, bo nie wiedział, jak się ma zachowywać w obecności piłkarzy i że na każde ich pytanie będzie miał jedną odpowiedź - "nie mogę w to uwierzyć". Tomek miał odegrać rolę kronikarza spotkania. Własnym i fundacyjnym aparatem miał uwieczni to co nasz czeka. Fundacyjnym dlatego, że ja miałem obsługiwać w tym czasie kamerę. Ale nie to było powodem mojego stresu. Rafał nie wiedział ,jak się ma wśród piłkarzy zachować, a ja tymczasem nie wiedziałem do końca jak to wszystko ma wyglądać. Bilety na mecz i spotkanie z Tomaszem Kuszczakiem - rezerwowym bramkarzem MU, mieliśmy zapewnione, ale co się wydarzy oprócz tego. Jak zachowają się światowe gwiazdy piłki wobec Marzyciela?
Plan na ten dzień był szczegółowy na tyle, że każde pół godziny było dla nas ważne. 14 - odebranie biletów i spotkanie z piłkarzami, 17 - mecz. A przedtem, realizacja marzenia bonusowego Rafała, czyli typowe angielskie śniadanie i marzenie wolontariusza, czyli kupno biletów na jutrzejszy pociąg do Londynu. Żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy chcieliśmy kupić bilety dzień przed odjazdem. Im wcześniej się je kupi, tym są tańsze. Rzecz jasna Dom Polski, stacja kolejowa i stadion Old Trafford, to nie są sąsiadujące z sobą budynki, stąd konieczność trzymania się planu. Godzinę po pobudce ruszamy. Autobus. Moja kolejna próba kupna biletów, bez zwracania uwagi na mój nietutejszy tutaj akcent. Kolejna próba i kolejne niepowodzenie. "Mówcie po polsku, tu wszyscy kierowcy mówią po polsku" - usłyszałem od kierowcy, który najwyraźniej pracował w Manchesterze na tyle długo, że pozbył się zazwyczaj zauważalnych, typowo słowiańskich rysów twarzy. Oszukał mnie po prostu, bo wyglądał na człowieka, który z autobusu przesiada się wprost na wielkiego ciężkiego Harleya, który na antenie przyczepionej do oparcia siedzenia ma, jeśli nie amerykańską, to na pewno brytyjską, flarę w kształcie trójkątnego proporczyka. Pomyliłem się.
I dobrze bo dzięki temu wysiedliśmy możliwie blisko dworca, a polski kierowca angielskiego autobusu wytłumaczył nam jak do niego trafić. Trafiliśmy na dworzec, trafiliśmy też w dziesiątkę kupując dzień wcześniej bilety. Zapłaciliśmy połowę tego, co w tę stronę.
Śniadanie. Typowy angielski lokal, z typowymi angielskimi klientami, z którym połowa, mimo wczesnej pory, była już nieźle uszyta. Na szczęście były tam też typowe angielskie śniadania: fasola, jajko sadzone, pomidory, pieczarki, bekon, smażone kiełbaski i coś, o co toczyliśmy spory, co do składu tego czegoś. Dwie rzeczy były pewne. Do stwierdzenia pierwszej trzeba było mieć skończone trzy klasy podstawówki - to coś zdecydowanie miało kształt trójkąta. Po drugie miało kukurydzianą panierkę. W moim zestawie zabrakło kiełbaski, ale Tomek mi dal pół swojej! Dobra była. Czas mieliśmy na tyle dobry, a po śniadaniu energii na tyle, że mogliśmy sobie pozwolić na mały spacer po centrum Manchesteru. Centrum jak centrum. Ogromne, zadbane budynki, piękne samochody, czysto na ulicach, wszyscy się uśmiechają, przechodzą na czerwonym świetle i rozmawiają we wszystkich możliwych językach świata. Centrum jak centrum.
W pół do pierwszej obiad, pół godziny odpoczynku i znów w drogę. Drogę na końcu której miało się wszystko wyjaśnić. Wszędzie tłumy. Ulice dojazdowe do stadionu zamknięte. Wszędzie policja konna i piesi biało-czerwoni kibice MU. Bez trudu znaleźliśmy bramkę "B4" przy, której byliśmy umówieni na odbiór biletów, wczoraj dokonaliśmy małego rekonesansu, więc byliśmy na czas. Okazało się jednak, że nasze rozpoznanie delikatnie mówiąc można włożyć między bajki lub sobie gdzieś tam... jak mnie oświecił umówiony człowiek z MU mieliśmy czekać przy bramce "4B",a nie "B4" (tak jak by do cholery nie było innych kombinacji liczbowo-cyfrowych do wyboru). Bramka "4B" była dokładnie po stronie przeciwnej stadionu. Dojście do niej było strzeżone przez policje, odgrodzone barierkami i tłumem, który w tym miejscu czekał na pojawienie się piłkarzy. Tędy wchodzili wszyscy najważniejsi. Wchodziliśmy i my. Mijając ekipy telewizyjne czekające na piłkarzy, czerwonym tunelem, (jak przystało na barwy MU) doszliśmy na murawę stadiony. Dla Rafała te kilkanaście metrów, to było wejście w swoje największe marzenie. Idąc zaraz za nim czułem strach, co najmniej jak bramkarz przed finałem ligi. Jest dobrze, tylko tak dalej. Dookoła nas piękne, puste jeszcze trybuny, przed nami trawa zielona tak bardzo, że u nas nawet za czasów kiedy zieloną trawę się na zielono malowało, trudno by było taki kolor uzyskać, zielona, że już bardziej nie można. Rafał przywitał się z boiskiem tak, jak to niektórzy piłkarze mają w zwyczaju, wziął nawet część boiska ze sobą. Wracając czerwonym tunelem, obok cierpliwych jak nigdy ekip telewizyjnych, przez małe drzwi wprowadzono nas do miejsca, o którym te ekipy mogły tylko marzyć. W środku wyszedł do nas wysoki blondyn. "Halo, a właściwie cześć" - powiedział do niego Rafał. Tomasz Kuszczak, bez którego to spotkanie nie było by możliwe. Sala w kształcie litery "L" ze zdjęciami wszystkich piłkarzy i trenerów MU, z tablicą zasłużonych dla klubu, trofeami dotychczas zdobytymi, automatem do kawy i dwoma wielkimi telewizorami plazmowymi (nie trudno się domyśleć, co pokazywały). "Usiądźcie tu. Za chwile piłkarze będą wychodzić pojedynczo, wtedy wy wstajecie. Teraz jedzą lunch". Po odejściu człowieka, który nas wprowadził i Tomasza Kuszczaka zostaliśmy sami. Nie wiedziałem, że człowiek w ciągu kilku minut, jest w stanie wykonać aż tyle ruchów głową ile Rafał, w geście podziwu i niedowierzania jednocześnie. Również mięśnie jego twarzy były wystawione na ciężką próbę, stałe utrzymanie szerokiego uśmiechy pewnie nie było dla nich łatwe. Potem miały jeszcze trudniej. Do pomieszczenia w kształcie litery "L" z hiszpańsko brzmiącą piosenką na ustach, wszedł, zaskakująco wysoki, Ronaldo! "Rafał - Ronaldo", Tomek - Ronaldo, Michał - Ronaldo". Przyszedł do nas jako pierwszy. Największy (a nie o wzrost tym razem chodzi) przybył pierwszy. To trochę tak jak u Hitchocka - na początku trzęsienie ziemi, a potem stopniowy wzrost napięcia. Tomek postanowił już nigdy nie myć ręki, która uścisnęła prawice Ronaldo. Zdjęcia, autografy... potem pojawiali się następni. Rafał i Tomek wiedzieli nie tylko jak się, kolejni pokazujący się jak modelki na wybiegu, piłkarze nazywają, ale co gdzie i jak strzelili itd... z moją wiedzą na ten temat było znacznie gorzej. Ale niezależnie od tego kim byli, byli wielcy, skoro byli w tym pomieszczeniu, skoro mieli każdy swój fotel i precyzyjnie wyćwiczony ruch ręką, która podpisywała autografy. Wśród piłkarzy rozpoznałem, oprócz Ronaldo, jeszcze tylko jednego, którego z różnych względów nie mogłem się doczekać. Edwin Van Der Sar. Chyba najwyższy, (jak to bramkarz) pewnie najstarszy i zdecydowanie najspokojniejszy z wszystkich. Przystanął, widząc drużynowych kolegów składających pamiątkowe podpisy w katalogu Rafała, i z zainteresowaniem oraz bananem w ręku czekał na swoją kolej. Do tej pory nawet z perspektywy czasu nie wiem jak to się stało, że oni wszyscy, a raczej, że my wśród nich wszystkich się znaleźliśmy. Wiem natomiast, że to spotkanie, twarze: piłkarzy, Tomka, no i w szczególności człowieka, na którym skupiłem się najbardziej, twarz, szczęśliwa twarz Rafała, zostanie ze mną na bardzo długo. Zdjęcia, autografy, zdjęcia, kręcenie głową, zdjęcia. Po emocjonalnie intensywnym spotkaniu z drużyną MU wychodziliśmy oszołomieni nagromadzeniem wielkich sportowców tego świata w jednej małej sali. Kiedy opuszczaliśmy bramkę "4B" policja, barierki i tłumy czekające na jakikolwiek kontakt z gwiazdami sportu, wszystko było na swoim miejscu. Tych ostatnich pewnie rozczarowaliśmy, kiedy zamiast ich idoli z niedostępnej dla zwykłych strefy, wyszli jak najbardziej zwykli i nikomu nie znani ludzie. Przyznam, że właśnie dlatego nawet sam moment wyjścia z "4B" był dla nas bardzo przyjemny.
Do meczu zostały dwie godziny i to był najlepszy czas, żeby zobaczyć czysto komercyjną część "wielkiej piłki". Sklep MU. Od breloków do kluczy, przez kufle, kubki, maskotki, koszulki, kurtki przeciwdeszczowe, po łańcuszki i zegarki wszystko ze znakiem czerwonych diabłów, wszystko diabelnie drogie. To miejsce, w którym prawdziwy fan MU może stracić głowę, ale też pieniądze na studia swoich dzieci i raty za dom, a że do prawdziwych fanów nasz marzyciel się jak najbardziej zalicza oprzeć się temu wszystkiemu było zbyt trudno, a oprzeć się sprawieniu radości marzycielowi wolontariuszowi było jeszcze trudniej. Kolejki, kolejki, kolejki...do meczu coraz mniej czasu. Opuściliśmy sklep z siatkami pełnymi niezbędnych kupnych i świętych jak np. katalog z autografami, gadżetów, które podobnie jak moja kamera były zbyt cenne żeby zostawić je w depozycie, mimo, że nie było tam wywieszki jak w "Misiu", że "za rzeczy pozostawione w szatni szatniarz nie odpowiada". Na jakąkolwiek stratę nie mogliśmy sobie pozwolić. Żeby wejść na trybuny Old Trafford musieliśmy wszystko zostawić w najbezpieczniejszym miejscu w Manchesterze, czyli w Domu Polskim pod czujnym okiem księdza Pająka. Żeby zdążyć w dwie strony jedynym wyjściem było skorzystać, z przypominających karawany, angielskich taksówek, które na wypadek ucieczki klientów w czasie postoju np. na czerwonym świetle, miały blokowane drzwi. Zdążyliśmy! Na meczu kolejne zaskoczenie. Nie będąc fanem żadnej z drużyn, atmosfera udzieliła mi się tak bardzo, że w całych trzewiach przeżywałem najdrobniejszy nawet błąd i niepowodzenie "naszych" chłopców z Manchesteru. Wygraliśmy 1:0. Może nie jest to rekordowo wysoki wynik, ale rekordowa za to okazała się frekwencja na trybunach. 75 tysięcy ileś tam set trzy. Ta trójka to oczywiście my. "WE ARE THE TEEM!".
W drodze powrotnej nie było, osiedla ani ulicy gdzie nie było by świętujących fanów MU. Wszystko się udało. Wszystko przerosło oczekiwania wolontariusza, ale co najważniejsze marzyciela. Zmęczeni, spełnieni, wygrani resztę wieczoru przegadywaliśmy wciąż od nowa co przeżyliśmy i jak każdy z nas to widział. Jutro opuszczamy łaskawy dla nas Manchester.
Dzień 3.
I znów w podróży. Tym razem jednak z jedną przesiadką. Zmęczenie z poprzednich dwóch dni odczuwaliśmy wszyscy i wszędzie, dlatego jeśli nie piliśmy kawy, z angielskiego odpowiednika polskiego WARSa, to spaliśmy w wygodnych siedzeniach wagonu firmy Virgin. Sen nie był przerywany przez rytmiczny stukot żelaznych kół (jak podczas podróży rodzimą koleją), bo jakimś tajemniczym niezrozumiałym dla naszej trójki sposobem, szyny nie były łączone tylko stanowiły jedną, długą całość. Tomek, który siedziała przy oknie szukał najmniejszego śladu łączeń wtedy kiedy pociąg zwalniał, a zwalniał rzadko. Nic z tego, ani łączeń ani stukotu nie było.
Do Londynu, do stacji Euston dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Z dotarciem do naszego noclegu na kolejne dwie noce nie było już takich problemów jak w Manchesterze. Po pierwsze Londyn i nieco skomplikowana na pierwszy rzut oka sieć metra nie była mi obca, po drugie nasz kolejny dobroczyńca z polskiego konsulatu dobrze objaśnił nam drogę. Problemem były jedynie nasze zmęczenie, bagaże, cholerna duchota w metrze i rzadko spotykany w tej części Europy, w tym czasie upał. Ale i z tym sobie poradziliśmy. Schronienie znaleźliśmy w położonym w centrum Londynu Instytucie Kultury Polskiej. Po rytualnym prysznicu ruszyliśmy na zwiady. Haid Park był naszym pierwszym celem, przez pałac westminsterski dotarliśmy do ikony Londyny, czyli do Big Bena. W turystycznym centrum Londynu nogi odmówiły nam posłuszeństwa. Sił mieliśmy w sam raz tyle, żeby wzdłuż Tamizy wrócić do Instytutu i zaplanować dzień kolejny. A kolejny dzień był dniem bez konieczności, bez załatwiania bez podróżowania, był całym tylko dla nas, dlatego plan wypełniliśmy szczelnie.
Dzień 4.
Poprzedniego dnia kładliśmy się do łóżek z nowymi planami, nowymi miejscami do zdobycia, ale najważniejszy z nas kładł również z bólem pleców. Kiedy wstaliśmy wydawało nam się, że odpoczęliśmy na tyle, żeby odwiedzić siedzibę królowej na zamku w Windsorze i żeby zjeść, jak życzył tego sobie marzyciel, danie z tradycyjnej włoskiej kuchni, w restauracji, w której podczas mojego pierwszego pobytu w Anglii, pracowałem na czarno jako kelner. Mieliśmy poszerzyć naszą wiedzę na temat wszelkich konfliktów w muzeum wojen. Trochę sztuki, przez duże "s", miało nam spędzać sen z powiek najbliższych kilku nocy, po odwiedzeniu Tate Galery, a oba brzegi Tamizy miały na koniec dnia zdradzić nam swoje tajemnice.
Wszystkiego się nie da. Intensywność poprzednich dni kazała nam zrezygnować z większej części planu, co na szczęście nie wpłynęło na jakość tego dnia. Drogą eliminacji rozrywek okazało się, że nie może nas zabraknąć w muzeum wojen. Wojna wygrała wojnę ze sztuką i królową i w muzeum spędziliśmy kilka godzin. Mimo tego nie wchłonęliśmy całej wiedzy jaką przygotowali dla nas brytyjscy kustosze. Najważniejsze jednak zaliczyliśmy. Psy na spadochronie, klimat okopów, bombardowanie miasta i co dla mnie jako dla wykształconego marynarza okazało się szczególnie interesujące, poznaliśmy zapach załogi okrętu podwodnego pozostającego długo pod wodą, a bez możliwości korzystania z niej wewnątrz okrętu. Zapach ze względów historycznych polecam, ze względów estetyczne nie koniecznie (a zresztą co kto lubi). Rafał jako nie tylko zapalony kibic, ale też jak się okazało militarysta, w obcowaniu z wiedzą o piekle wojen czuł się jak w niebie. Po wizycie w kilkupiętrowym muzeum czuliśmy się jak pluton po całonocnym patrolu. Plany trzeba było ciąć. Odmówiliśmy królowej, olaliśmy wielką sztukę, a jakąś rzekę kiedyś każdy z nas widział więc i z Tamizy zrezygnowaliśmy. Żeby wykonać choćby dwadzieścia procent normy, postanowiliśmy odhaczyć ptaszka przy punkcie - "włoskie żarcie". Ten podpunkt też uległ częściowej modyfikacji, bo nie wybraliśmy się w długą i męczącą podróż do miejsca, w którym pracowałem, ale na szczęście włoskich restauracji w Londynie nie brakuje. Wiedząc, że droga powrotna do Instytutu jest naszym ostatnim spacerem po tym cudownym mieście, szliśmy po prostu patrząc, zapamiętując obrazy, kodując smaki, zapachy i wrażenia jak dostarcza Oxford Street - główna ulica Londynu, wieczorową porą.
Na jutro nie ustalaliśmy już żadnego planu. Wszyscy wiedzieli co mają zrobić. Spakować się i wracać do domów. Jedyne co ustaliliśmy to godzina pobudki. Miała być 10, spaliśmy do 8.
Dzień 5.
Tomek tego dnia powiedział fajne spostrzegawcze zdanie. "Kiedy wylatywaliśmy z Polski padał deszcz. Kiedy opuszczamy Londyn niebo też płacze." Przez cały pobyt w Anglii mieliśmy idealną, być może czasami nawet zbyt idealną, pogodę. Przed naszym wyjazdem całą noc padało. Mogliśmy spać, mimo że z tego nie skorzystaliśmy, do 10, bo służby dyplomatyczne naszego kraju były tak miłe, że użyczyły nam kierowcę i samochód, który nas zawiózł na lotnisko do Luton. Ostatnie spojrzenie na Londyn, ostatnie czerwone porshe jadące przed nami przez połowę drogi. Jedyne co było w ostatni dzień pierwszym to odprawa na lotnisku, a dokładnie jeden z jej zabiegów dotyczący ściągania butów i przechodzenia przez wykrywacz metalu na boso. Tego wcześniej nie robiliśmy. W powrotnym samolocie nie siedzieliśmy wszyscy razem, jak poprzednio. Do bramy 24 prowadzącej na płytę lotniska ustawiliśmy się jako jedni z ostatnich, dlatego na pokładzie samolotu trza było brać co zostało z miejsc. Z Rafałem siedzieliśmy obok siebie. Tomek po drugiej stronie wąskiego przejścia oddzielającego rzędy foteli, siedział przed z pewnością młodym, inteligentnym i wartościowym człowiekiem, który przez niecałe dwie godziny lotu wbijał mu kolana w plecy. Inni pasażerowie co jakiś czas przypominali, dokąd i z kim lecimy. Dobrze, że nasze wspomnienia stworzyły wokół nas pancerz, przez który trudno było się przebić nawet naszym współtowarzyszom lotu. I miejmy nadzieję, że ta ochrona zdobyta dzięki Fundacji, będzie z nami jak najdłużej.
DZIĘKUJEMY TOMASZOWI KUSZCZAKOWI ZA PRZEKONANIE ZARZĄDU KLUBU DO POMOCY NAM ORAZ ZA ZORGANIZOWANIE SPOTKANIA RAFAŁA Z PIŁKARZAMI MANCHESTER UNITED .
DZIĘKUJEMY KONSULATOWI GENERALNEMU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ W LONDYNIE ZA ZORGANIZOWANIE
WYJĄTKOWEGO POBYTU RAFAŁA W ANGLII.
SZCZEGÓLNE PODZIĘKOWANIA DLA PANA MICHAŁA
ZA WYROZUMIAŁOŚĆ I CIERPLIWOŚĆ.
DZIĘKUJEMY KSIĘDZU PAJĄKOWI Z PARAFII POLSKIEJ W MANCHESTERZE ZA PRZYJĘCIE NASZEEJ MARZENIOWEJ EKIPY ORAZ OPIEKĘ I GOŚCINĘ
DZIĘKUJEMY INSTYTUTOWI KULTURY POLSKIEJ ZA PRZYJĘCIE NASZEGO MARZYCIELA W LONDYNIE
DZIĘKUJEMY FAN-KLUBOWI KIBICÓW CRACOVI
WARIACI 1951
ZA POKRYCIE KOSZTÓW PODRÓŻY I POBYTU RAFAŁA W ANGLII PODCZAS SPEŁNIENIA JEGO MARZENIA O SPOTKANIU Z MACHESTEREM UNITED
Zobacz fotoreportaż
|